Dobre filmy i książki, 9

„Bliskie spotkania trzeciego stopnia” prod. USA, reż. Steven Spielberg. Film z 1977. Oglądałam go zaraz po polskiej premierze wielokrotnie w kinie. Zafascynowana. Były to moje czasy licealne. Świetnie oddaje konfrontację ludzkiego umysłu z czymś spoza jego konwencjonalnego postrzegania. Ufologia mocno mnie wciągnęła, prenumerowałam pisma ufologiczne wydawane sumptem hobbystycznych stowarzyszeń, głównie tłumaczone z angielskiego. Nigdy co prawda żaden spodek nie wylądował przede mną ani nie opalił mi połowy twarzy, ale miałam kilka dziwnych spotkań zbliżonego rodzaju. I koleżankę z ławy szkolnej, która została geodetką i podczas pewnej swojej rutynowej pracy w terenie widziała w oddali spodek stojący na łące. Co do mnie, to tylko kilkanaście nocnych wizyt w pokoju, kosmita dostrzeżony za oknem, wiszący trzy metry nad ziemią i kiwający do mnie ręką, upadek z hukiem czegoś na mojej działce za domem, co wyłączyło prąd na ulicy i przywołało zdumionych sąsiadów, przeszukaliśmy teren, ale nic nie znaleźliśmy. Piorun, który trzasnął w moim pokoju, co przypisuję wpływowi małej piramidki z kartonu, którą ustawiłam sobie na półce bibliotecznej w zgodzie z kierunkami świata. Oraz zapalanie się i gaśnięcie światła w domu. Kilka dostrzeżonych tajemniczych przelotów na wieczornym niebie świateł, które wcześniej stały jako gwiazdy, albo dziwnie mrugały, każdorazowo zwiastowały śmierć kogoś w rodzinie. To tak, więcej chyba nie ma się co chwalić. Tym niemniej szok poznawczy jest mi odtąd znany, a w tym filmie jest dobrze oddany. Kilka skojarzeń po obejrzeniu filmu po wielu latach. Wszyscyśmy sikali w majtki w kinie, gdy nadleciał statek matka. W moich wielu wizjach późniejszych zwano je „statkami czasu”. Jung napisał „Nowoczesny mit. O rzeczach widywanych na niebie”, książkę, która budziła mój bunt, złość, żal do niego. Bo już wtedy telepały mną wzięcia, jawa we śnie, sen jak jawa, jawa w wyższym wymiarze. Tym niemniej teraz widzę, że Jung mało błądził w chłodnej ocenie, widząc w obiektach UFO przejawienia wyższej Jaźni. To pojazdy naszych dusz i naddusz. Zwróćcie uwagę na kolor kombinezonów ekipy wyprawianej statkiem w przestrzeń. Czerwony. Kto wie, ten wie.

Już dwa lata czytam wszystko co fantastyczne. Prawie nic współczesnego (choć kilku autorów się załapało), to trochę droga wspomnień, rozrywki, ale i przyglądanie się rozwojowi wyobraźni ludzkiej poprzez wieki. Jak na razie najdalej w czas sięgnęłam po Swifta, potem Hoffmana, romantyków, Poe`go, Wollstonecraft, Oskara Wilde`a, Conana Doyle`a, Umińskiego, Grabińskiego, Żuławskiego, itd, itp. A z angoli po Wellsie i Huxleyu zawiesiłam się tak naprawdę na Juliuszu Verne (miał on do nich podobny stosunek jak ja, zaś o Polaku wyraził się, że „to właściwie Francuz”). Przez cztery noce podróżowałam przez Patagonię, Australię i Nową Zelandię razem z dziećmi kapitana Granta. Wcześniej leciałam balonem nad Afryką, a jeszcze wcześniej płynęłam do bieguna południowego w poszukiwaniu Artura Pyma. Nic mi nie daje tyle rozrywki i stałego zainteresowania… pasjonuje mnie dawne spojrzenie i nieskażone globalnym myśleniem reakcje na pewne coraz bardziej zakazane sprawy, fakty i doświadczenia. Jak chcesz się dowiedzieć, jakie były (i dlaczego) opinie o nacji żydowskiej w różnych krajach Europy, o Niemcach i Prusakach, czy o murzyńskich przodkach obecnych czarnoskórych w środku Afryki, takim Dahomeju na przykład, albo australijskich dzikusach traktowanych jak nieco bardziej rozwinięte małpy, albo o ludożerczych Maorysach, których „hakom” bijemy teraz zachwycone brawa, ale też o nieludzkich kolonizatorach Ziemi mówiących anielskim językiem (tfu, angielskim), chciwości poszukiwaczy złota w Australii i Afryce, czy radosnych polowaniach na najrzadsze zwierzęta, to warto odczytać sobie jeszcze raz „po dorosłemu” powieści Verne`a. Podobnie kształcą książki dla dzieci, gdzie zajada się mięsne potrawy, poluje na zwierzęta, piecze je na rożnie, co rusz ktoś umiera, czego już nie ma w naszych oświeconych i najszczęśliwszych czasach wyższej pro-eko-wege kultury. Dawne bestsellery, w rodzaju Robinsona Cruoe okrawa się ze szczegółów „zbyt drastycznych”, aby zrobić z ludzkiego dziecka mimozę, nie potrafiącą żyć na ziemi bez opieki technologii, za niego wykonującej wszelką okrutną i mechaniczną robotę. Owa wyczyszczona sztucznie kultura do czegoś zmierza.

„Znaki” – z 2002, film amerykański z Melem Gibsonem, s-f. Ciekawy, wzruszający, uczuciowy, ma też proste pro-chrześcijańskie przesłanie. Oglądałam pierwszy raz w czasach „wzięć” i stąd moment, gdy pokazuje się szybko przebiegający obcy na oczach piszczących ze strachu dzieciaków mocno mną wstrząsnął. Po latach widzę muskanie jedynie kwestii takich spotkań, beletryzację, ale i tak mi się podobało. Nie szukam bezsensownego strachu.

Lata 50, niedaleko od śmierci Stalina. W Polsce powstaje znakomita trylogia fantastyczno-naukowa, autorstwa Krzysztofa Borunia (Strzelec) i Andrzeja Trepki (Ryby). Fascynowałam się nią (bez trzeciego tomu, którego nie było w dostępnych mi bibliotekach) od dziecka i wielokrotnie czytałam (dekady 70. i 80.). Moje egzemplarze były zdarte i wymięte do cna. Po latach wróciłam do tych książek i jestem po lekturze trzeciej części „Kosmiczni bracia” i pierwszej „Zagubiona przyszłość”. Najukochańsza „Proxima” czeka na ostatku.
Tak jak jeden z autorów, pan Boruń wcześnie utraciłam wiarę, utożsamioną z instytucją i urzędnikami tejże instytucji boskiej, w wieku 15 lat czytałam Marksa i Engelsa, encyklopedystów francuskich, a nawet pogardliwego markiza de Sade. Wierzyłam we wspaniałe wizje rozwiniętego komunizmu, którymi raczyła nas radziecka literatura s-f, i które rozwijali nasi wyżej wymienieni autorzy. Łudziłam się, że codzienny koszmar socjalizmu widzianego w praktyce w życiu moim i otoczenia to tylko faza przejściowa, konieczna do wykształcenia się ideału. W trylogii B-T ludzie z XXVI wieku żyją ponad 150 lat w zdrowiu i młodym pięknie, choroby i defekty cielesne leczone są w specjalnych kapsułach medycznych, nie ma zboczeń, patologii, niedorozwojów i odchyłek, wyeliminowała je nauka. Nawet kobiety porzuciły sztukę makijażu i mrugania powabnie przyklejonymi rzęsami, aby zwabić samca, same są uczonymi i dowodzą wielkimi grupami równie uczonych mężczyzn, nie, nie ma mowy o 59 płciach, są nadal dwie i dobrze się trzymają, od czasu do czasu robią sobie zdrowe i inteligentne potomstwo. Odżywiają się syntetyczną żywnością produkowaną przez uniwerproduktory (dzisiejsze drukarki 3D), praca fizyczna została im odjęta przez komputery (w końcu super-komputer „Wieczna Pamięć” wypisz wymaluj: Kronika Akaszy), zdalnie sterowane roboty (opis sceny takiego sterowania to wypisz wymaluj sceny ze współczesnych filmów s-f) i inne ustrojstwa, podróżują po kosmosie i zasiedlają planetoidy i inne planety, gdy nasza ojczysta się wali. No, fajnie. Opowieść ta czytana po latach niesie dziwne konkluzje. „Kosmiczni bracia” zaskoczyli mnie opisem obcej cywilizacji. Niesamowite przewidywania! Wcale się nie zestarzały, wręcz przeciwnie, natomiast szybko upadły hipotezy, na których oparta jest wizja emigracji ludzkości na Wenus. Spotykałam kiedyś ludzi z branż psychotroniczno-ufologo-astro-alternatywnych i jeden z nich, starszy pan orzekł, że autorzy tej trylogii musieli „coś wiedzieć” od istot kosmicznych, bo ci Urpianie dziwnie pasują do przekazów ludzi wziętych i innych kontaktowców. Co prawda nie spotkałam w swoich przeżyciach istot trójnożnych, ale czemu nie mogłyby być przetworzeniem snu o zaglądającej w nasz świat wielkiej łysej głowie z wielkimi oczami i wsuwającej w niego swoją trójpalczastą dłoń (to poznałam doskonale osobiście)… tak, że tak. Podrzucam biografię pana Krzysztofa Borunia, ateisty, który zaczął z czasem badać sprawy duchów i jasnowidzenia. Pan Trepka zaś osiadł na wsi, w rodowej siedzibie i miał zwyczaj chodzić większość roku w krótkich spodniach i koszulce, w zimny czas jedynie zarzucając na siebie płaszcz. Ot, takie przeżywam przyjemności na swojej emeryturze… Polecam chętnym przeczytanie mienionej trylogii, na pewno się nie znudzą, a będą zaskoczeni, ile z tych dawnych umysłowych dociekań i ideologii przeniknęło w nasz obecny czas i nadal próbuje go kształtować…
I tom „Zagubiona przyszłość” wydaje mi się obecnie zakamuflowaną dystopią przezwyciężoną wizją rozwiniętego komunizmu jakoś tak trochę karykaturalnie, że mogę przypisać autorom większą świadomość, niż dawni czytelnicy i krytycy suponowali. Ewentualnie większą, niż sami autorzy zdawali sobie sprawę. Trzeba pamiętać, w jakich czasach rzecz była napisana i jak wielka cenzura polityczna stała przed twórcami treści. Czytając obecnie o zamkniętym świecie urwanego z ziemskiej orbity sztucznego księżyca widzę w nim dawną Polskę zamkniętą i osaczoną przez system sowiecki (wcale nie kapitał, to był ochłap rzucony cenzorom, a jeśli już to raczej feudalizm), która wyzwala się przy dużej pomocy technologicznie rozwiniętego Zachodu i USA (w książce to zapodano na odwrót). Murzyni zaś to zniewoleni biali Polacy (każdy wie, „biali murzyni”), szarzy to inteligencja pomiędzy, a rządzący to decydenci ówczesnej komuny. Z punktu widzenia wyższej świadomości Celestia zaś to cała Ziemia izolowana przez istoty wyższe z jej piekłem ludzi zamkniętych wewnątrz pułapki i sterowanych przez religijne dogmaty oraz klasę najbogatszą i najlepiej wtajemniczoną, a wyzwoliciele to kosmici, którzy dyskretnie ingerują w środku z zewnątrz, aby w pewnym momencie podać pomocną dłoń najdojrzalszym do wyjścia i do zobaczenia prawdy (komunistycznej i bez Boga, oczywiście).

Ludzkie filmy i książki, 8

„Tar” – film prod. USA, z 2022 roku, reż. Fred Todd, z Cate Blanchett w roli głównej. Moje pierwsze wrażenie: Och, Cate Blanchett grająca Tildą Swinton, jakie niezwykłe! Zawsze myślałam, że aktor może zagrać postać innego żyjącego człowieka naśladując głos, ruchy, strój. Ale grać postać jak inny aktor, to jest coś. Sama mam zdolność śnienia poprzez innych ludzi, żywych, mających się dopiero narodzić i tych zmarłych, istoty różnych ras, bogów, a u niej to coś takiego, ale na jawie! Aż zerknęłam w horoskop Cate. Byczyca z Wenus na wygnaniu w męskim znaku, Księżyc w koniunkcji z Saturnem (dystans, chłód, klasa), silny Merkury w Bliźniętach, właśnie ten Merkury jest androgyniczny i teraz w wieku dojrzałym daje jej power. Tilda jest jej opozycją, jako urodzona Skorpionica. Też znamienne, jak odbijanie się w lustrze. Zakończenie filmu mocno mnie poruszyło. Symbolicznie. Moje skojarzenia są moje, zaznaczam, na bazie sposobów rozumienia tylko moich snów. Nikt tego nie podjął w recenzjach, rozczarowujące. A wystarczy zobaczyć w głównej bohaterce alegorię kultury zachodniej, Europy, za nią jej kolonii amerykańskich, naświetloną przez Niemcy mające wciąż coś za uszami, ale próbujące żyć bez, wbrew konfrontacji z tym czymś wypartym w świadomości. Kraj azjatycki może być Wietnamem, jak sfera klęski amerykańskiej, ale i całym Dalekim Wschodem. Inne podejście do podstaw (seks nie warunkuje emocji, jest przypisany biologii, a świadomość jednostki jest częścią roju). Zaczyna się świt zupełnie innych wartości. Wystarczy wyskoczyć poza ego i indywidualne rozróżnienia, żeby to zobaczyć w tym filmie jak na dłoni. Ha, wynika z niego, że anglo-germańska dusza po upadku zachodu ma w planie ujeżdżać chińskiego smoka.

„Bulion i inne namiętności” – film francuski z Juliette Binoche i Benoît Magimel grającymi parę wykwintnych kucharzy, rozmawiających ze sobą subtelnie za pośrednictwem wyszukanych potraw. W rzeczy samej film o tzw. „francuskim smaku”, który zdominował kulturę Europy na kilka stuleci, jako najwyższe osiągnięcie nieomal duchowe z czasów monarchicznych za Burbonów. Akcja mocno krąży wokół minionej epoki, która w XIX wieku była już w burżuazyjnej Francji na odchodnym, bo bohaterowie są wtajemniczeni w składniki i receptury przez swych przodków usługujących niegdyś królom i książętom. Zachowują zatem równie wysoki gust i maniery niczym królowie i księżne. Pojawiają się też smakosze (słowo wymyślone we Francji), spotykający się nieomal na tajnych biesiadach, jednak milczą na temat starych czasów, których żywe wspomnienie unosi się niewypowiedzianie jako zapach nad pieczenią czy zupą na stole lub smak baranich jąder zajadanych w męskim gronie w chłopskiej chacie.

Temat przejścia między światami na biegunie południowym i pustej Ziemi ciągnie się od XIX wieku w literaturze i zaowocował arcydziełami. Wróciłam do nich dzięki Juliuszowi Verne-owi i jego stosunkowo mało znanej powieści „Lodowy sfinks”, którą udało mi się ściągnąć w XIX-wiecznej wersji tłumaczenia (dodatkowy smaczek!). Osnuł ją na kanwie wcześniejszej jedynej i tysiąckrotnie analizowanej i podziwianej powieści Allana Edgara Poe „Przygody Artura Gordona Pyma”. Bohaterowie vernowscy biorą ową powieść za prawdę i płyną w poszukiwaniu wyspy Tsalal i rozbitków na niej. Odnalazłam „Pyma” w internetowej bibliotece „Polona”. Rarytas godny polecenia każdemu, komu miły ten temat fantastyki. Inną mini-powieścią, czy długą nowelą na tej kanwie, są oczywiście „Góry szaleństwa” Lovecrafta, tę mam na półce i czytam co kilka lat, a jakże! Oraz „Moby Dick” Hermana Melville`a, zaliczany do arcydzieł i wiele razy wałkowany przeze mnie w dzieciństwie. Zastanawia moc fascynacji, jaką wygenerowała powieść Poe`go i całkowity brak prób jej sfilmowania, jak i pozostałych powstałych za jej inspiracją książek innych autorów, oprócz „Moby Dicka” oczywiście!

Obejrzałam sobie pewnego spokojnego wieczoru stary romans amerykański, pt. „Wszystko na co niebo zezwala” z 1955 roku (YT), taki sobie przeciętniak, ale jest w nim moment, gdy bohaterka filmu w domu nowych znajomych, którzy zjechali na wieś z wielkiego miasta czyta fragment książki, znalezionej na stoliku. Właśnie tej, o której za chwilę, po czym następuje krótka wymiana informacji na temat autora i jego przesłania. Zainspirowana więc znalazłam potem i właśnie skończyłam czytać „Walden czyli życie w lesie” Henry`ego Davida Thoreau. Na koniec poczytałam o nim w angielskiej Wikipedii, zajrzałam także w jego horoskop. Moim zdaniem urodził się przed świtem, w godzinie Bliźniąt. Był to w ogóle bliźniaczy Rak (znak stawów i zbiorników wodnych), gdyż Księżyc, władca Raka wypadł mu w Bliźniętach w protekcyjnej koniunkcji z Merkurym w tym znaku i domu jego radości tj. pierwszym, co dało bardzo silny impuls Merkurialny (żywa inteligencja, wrażliwość intuicyjna, zmienne zainteresowania, chłonność wobec życia, rozmowność). Człowiek wielostronny, który całe swoje życie spędził w jednej miejscowości, wędrując głównie po okolicznym lesie, stawie, no, i w książkach po całym świecie. Umiał sobie poradzić w każdej sytuacji, był cieślą, rybakiem, rolnikiem, geodetą, kartografem, drwalem, ornitologiem, obserwatorem przyrody i jej ekologicznych zależności (prekursorem współczesnego ekologizmu), joginem i wielbicielem Bhagavad Gity, badaczem miejscowej historii, nauczycielem, poetą, filozofem, pisarzem, myślicielem, zarządzał rodzinną firmą produkującą dobre ołówki z taniego grafitu. Żył krótko, bo 44 lata, można pozazdrościć mu więc aktywności, inteligencji, wrażliwości, odkrywczości i dojrzałości, jakie zaprezentował i osiągnął w tak krótkim czasie. Dagerotypy pokazują mężczyznę wyglądającego na dużo starszego, niż był. Pozostała po nim legenda żywa i płodna do dzisiaj, pojęcie „obywatelskiego nieposłuszeństwa”, które stworzył i które zainspirowało wiek później Martina Luthera Kinga. I ruch ludzi dążących do życia w przyrodzie na sposób minimalistyczny. Algorytm YT podrzucił mi kilka filmików przez nich nakręconych. Sam Thoreau zaliczał się w poczet grupy tzw. transcendentalistów, ale obecnie to się rozbiło na wiele podgrup i ścieżek różnorakich -izmów. Jak człowiek z miasta słyszy -izm, to już mu się szufladka sama wysuwa, wrzuca tam wraz z pojęciem cały los i czucie człowieka, i żyje dalej na swój miejski sposób bez dalszej refleksji. Tymczasem… czas biegnie i pewne impulsy myśli, wyobrażeń, idei odżywają i odżyją, już przygotowane przez spieszące się inkarnacje tych, którzy zawracają w czasie, aby zbudować ścieżkę wyjścia dla ogłupionych ludzisków.

„Pokój” – polska etiuda filmowa z 2021 roku, w reż. Krzysztofa Jankowskiego, według opowiadania „Podróż siódma” Ijona Tuchego z „Dzienników gwiazdowych” Stanisława Lema. Występuje trójka aktorów, rzecz dzieje się we wnętrzu. Proste, zabawne i pouczające. Legenda mówi, że boskie naczynie rozbiło się na nieskończoną ilość cząstek, każda patrzy na inną jakby była czymś osobnym, nie mogą się dopasować… Tak jest z boską świadomością, wyższą jaźnią w przestrzeni najbardziej spłaszczonej i rozciągniętej, w której właśnie żyjemy… Pomyśl, twój bliźni to ty sam/sama w innej wersji czasowej, a zrozumiesz o co cho… YT

„The fabulous world of Jules Vernes” (1958) – film animowany prod. czechosłowackiej. Kto kocha stare ryciny, ilustracje do sławnych XIX-wiecznych powieści, które na równi z autorami otwierały okno przestrzeni i czasu w zbiorowej wyobraźni, polecam. Jeden z filmów sławnego czeskiego mistrza animacji Karela Zemana, na bazie ilustracji z książek Juliusza Verne`a. Czarno-białych, a jakże! Napisy po angielsku, dialogi w międzynarodowym słowiańskim języku, zrozumialszym dla polskiego ucha, gdy spowolnić odtwarzanie do 75 procent. YT

„Alien Code” – (2018) u nas znany pod tytułem „Pętla czasu”, reż. Michael G. Cooney, prod. amerykańska, s-f. Inteligentny, dający do myślenia, akcja toczy się interesująco wartko i pozostawia dużą refleksję po obejrzeniu. Są tam poruszane sprawy, które poznałam poprzez zjawiska senne i rozszerzone stany świadomości, niewidzialnych, strażników, obserwatorów, wybuch zapoczątkowujący falę odczuwaną poprzez czas, zanim się zaczął, cofnięcie w przeszłość aby coś naprawić. To każe myśleć o inspiracjach twórców spoza oficjalnej nauki czy fizyki kwantowej z dziedziny, którą jak dotąd zajmowała się jedynie ufologia i fantastyka. Zwłaszcza, że reżyser i autor scenariusza jednocześnie, jak dotąd robił filmy w typie fantasy. YT

Ludzkie dobre filmy, 7.

Biedne istoty – film anglosaski z 2023, w reż. Yorgosa Lanthimosa, z Emmą Stone i Willemem Dafoe w rolach głównych. Pierwsze wstrząsy emocjonalne zostały oswojone, bo akcja zrobiła się ze swoim biegiem jakby bardziej ludzka. Choć opowieść o kobiecie i nowej kobiecości, rozwijającej się bez zrzuconego z mostu aktu macierzyństwa i wychowania niemowlęcia, za to z dużą ilością seksu z różnymi typami męskości, w tle filozofia nihilistyczna w postaci filozofującego po zachodnio-europejsku Murzyna wydaje się dowcipna i ostatecznie strawna, to pozostawia odczucie dziwności. Nieludzkości, jaka bije z nowych komputerowych metod tworzenia scenariusza i scenografii. AI pomaga ukazać nowy kobiecy „mózg”, ale raczej co rusz odchodząc od człowieka i człowieczeństwa w swoją bez-ludzkość. A niestety, jest to kierunek, jaki obrał sobie ruch fem-lgbt, transhumanizm. Scenariusz pomyślany na bazie literatury kobiecej z okresu romantyzmu angielskiego i trochę francuskiego. Pomieszano więc biografię i powieści Mary Wollstonecraft Schelley, trochę sióstr Brontë, Jane Austen, może jeszcze męskie dzieła w rodzaju „Targowiska próżności” czy „Spowiedzi dziecięcia wieku”, i zrobiono mus może i strawny do wypicia, ale ledwie na skraju przepaści, gdy jeden krok do przodu a spadniemy w półświatek boga z maszyny całkowicie wyzbyty metafizyki i ludzkich uczuć.

Big Lebowski – film USA z 1998, ciekawy, dowcipny i ponoć kultowy. Oglądałam tak dawno, że kompletnie zapomniałam akcję i patrzyłam z zainteresowaniem całkiem świeżym okiem. Błyska dowcipem i swobodną męskością, coraz mniej popularną, zmieniającą się tak nudno w zniewieścienie. Ponoć drinki, którymi raczył się Koleś, whisky z mlekiem i sokiem pomidorowym, mają jakieś super właściwości rozjaśniania mózgu. Czy może przetrwania świadomości w oparze alkoholowym = matriksie, nie znam się. Zwyczajnie nie wierzę, że mleko kupowane w sklepie z kartonika i takiż sok pomidorowy mają większe właściwości korzystne dla organizmu, prawdopodobnie jest to jakiś idiotyzm puszczony w obieg przez twórców dla sprawdzenia przyswajalności głupoty przez tłum dociekający drugiego dna i sekretnych porad. Bardziej już wierzę w poradę pewnego KGBowca, radzącego na kaca (no, potężnego ruskiego kaca, a nie rausz i drzemkę po łyskaczu) zjeść jajecznicę na słoninie z kiełbasą, bo białko i tłuszcz równoważą ubytki mózgowe. [CDA]

Diuna 2, film z 2023. Nie zawiodłam się w oczekiwaniu. Mit o świętym królu, apokalipsa przeniesiona na inną planetę.

Pretty woman, film amerykański z 1990. Reklamować nie ma po co. Film niezmiennie kultowy, który można sobie odtwarzać raz do roku, lub na dwa lata. Co prawda coraz go trudniej znaleźć w darmowej sieci, trzeba się potrudzić. Nigdy się nie nudzi. I nie chodzi o tego kopciuszka i blichtr, ale to, że jest po prostu zwyczajnie LUDZKI, stworzony przez ludzi dla ludzi. Żadna sztampa czy schemat nie są go w stanie pokonać. Ma w sobie bajkową niewinność, piękno, moc, zwłaszcza w porównaniu z dzisiejszymi superprodukcjami, i już.

Amonit, angielski film z 2020, jego bohaterką jest lesbijka o naukowym zacięciu, biedująca z matką na angielskim wybrzeżu, gdzie zbiera skamieliny. Spokojny, małomówny, w XIX-wiecznym anturażem, ale psychologicznie bardzo dobrze poprowadzony film, w którym domyślamy się ludzkich motywacji, ambicji, urazów, tragedii, złudzeń i rozczarowań, a nie poznajemy od razu wyłożone kawę na ławę. Bohaterowie bowiem, jak to Anglicy, są powściągliwi, ostrożni w wyrazie, zdystansowani i rzadko zdradzają swoje prawdziwe uczucia. Dlatego wart obejrzenia przez obie płcie szukające jakiejś emocjonalnej refleksji i wyciszenia.

Player One – film amerykański z 2018. Rok akcji 2045. To już nie jest stary Steven Spielberg, ale tamte czasy już się skończyły, gdy wierzyło się w postęp jak w dzieło boże. Baśń przeniesiona w świat wirtualny. Skorelowany z realnym, który się sypie i psuje. To jedna z alternatyw, które będą realizowane w niektórych enklawach, przez jakiś krótki czas, aż alternatywy wymrą, powtarzam za moimi wizjami. Do chwili takiej czy innej katastrofy naturalnej. Można przy okazji wrócić do proroctwa Sławika Kraszennikowa, opowiadającego o tych nadchodzących technologicznych osiągnięciach i ich wpływie na dusze ludzkie. [CDA]

Wojna i pokój – film radziecki z 1968, w reż. Siergieja Bondarczuka, w 4 częściach. Oglądam co kilka lat z zawsze tym samym sentymentem i zadowoleniem. Piękne postaci grane przez wielkich aktorów, panorama dziejów na ogromnym obszarze świata, mimo czasów materializmu komunistycznego manifestuje się tołstojowsko-starorosyjska duchowość, wraz z prowadzącym do niej egzystencjalnym zwątpieniem tak w Boga i religię, jak w cielesną rzeczywistość jawy. [YT, kanał Mosfilm]

Dobre filmy i książki, 6.

„Cel” – z 2008, film amerykańsko-marokański. Akcja dzieje się w Afganistanie, filmowanym zapewne w Mauretanii. Ciekawy, wciągający, bez fajerwerków, ale ma za tło niewidzialną potęgę bogów, ukrytą gdzieś w górach pod postacią starożytnej vimany, która rozwala ciała i umysły ludzkie.

„Zmierzch bogów” w reżyserii Lucchino Viscontiego, film z 1969. Staroć? A może przeczucie przyszłości? Oglądałam teraz oczami mojego Mistrza. Oraz reżysera Włocha odbijającego rzymską twarz w niemieckim lustrze.

„Co się wydarzyło w Madison County” , film z 1995, z Meryl Streep i Johnem Wayne. Subtelny romans rozegrany przez dwoje świetnych aktorów, w akcesoriach i tle amerykańskiej prowincji. Nieco przydługi, trzeba wygospodarować cały wieczór na obejrzenie, ale można się wyciszyć.

Herbert Wells „Rosja we mgle”, nudny tekst, który mocno się zestarzał, a górnolotne przekonanie autora o pozytywnej mimo wszystko roli rewolucji sowieckiej w dziejach ludzkości, czy o tym, że pochodzenie żydowskie wytykane wodzom rewolucji, z Leninem na czele jest propagandowym wymysłem Zachodu, pomijanie obojętnym milczeniem zabicia całej rodziny panującej, jakby to był akt konieczności dziejowej podobny do obcięcia bród bojarom i żadna krew na nikogo nie spadła, nieco ciekawiej wsparte opisami Sankt Petersburga w chaosie, ruinie i głodzie, chłopów mało zainteresowanych rewolucją, bo mieli co jeść, za to nosili się jak brudni i nader zabobonni obszarpańcy robiący ciągle na sobie znak krzyża, oraz wielkich rosyjskich uczonych i artystów karmionych przez rząd sowiecki pośród powszechnej biedy, utrzymujący opery i teatr (za darmowe bilety!), dający pracę pisarzom i tłumaczom, tudzież uruchamiający plan elektryfikacji całego kraju, co pozwoliło słynnemu pisarzowi zostać oszukanym co do miary i wartości idei „równania do najsłabszego”, jaka wtedy zwyciężyła, kazało mi teraz spojrzeć poprzez czas. Wielkiego pisarza usprawiedliwia fakt, że opisywał historię jeszcze sprzed śmierci Lenina i wejścia na tron arcykapłański czarnego Gruzina. Jeszcze nie wydarzyły się czystki kościoła i cerkwi, ani hołodomor. Tym niemniej, można sprawdzić w biografii, że przywiózł sobie z tej podróży kochankę, żonę Maksyma Gorkiego, którego tak entuzjastycznie opisał w relacji, w Anglii posądzaną o szpiegowanie na rzecz sowietów.

Stefan Ossowiecki „Świat mego ducha i wizje przyszłości” – wstęp przybliża osobę Autora i jego podejście do świata, nieco mnie zainspirował na jeden czy dwa wieczory, bo człowiek był chodzący po ziemi na wysokich koturnach. Dużo odniesień do modnego w jego czasach i mocno już wtedy rozwiniętego na Zachodzie spirytyzmu (były towarzystwa naukowe i naukowców studiujących temat, co teraz nazwano by para-nauką, bo te sprawy zostały ukryte z biegiem czasu i są teraz wykpiwane). Potem wchodzą liczne i drobiazgowe zapisy przypadków jasnowidzenia, eksperymentów i zdarzeń spontanicznych, z poświadczeniami świadków, często na wysokich stanowiskach, jak Piłsudski na przykład czy profesorowie zagraniczni. Dużo tego, różnego autoramentu przypadki, aż mnie lekko znudziło, bo nie jestem osobą, którą trzeba przekonywać materialistycznie do rzeczy, które sama zna z doświadczenia. Można spośród nich wyłuskać pewne fragmenty odnośnie historii świata, albo przeznaczenia itp., ale niestety jak dla mnie za mało. Co do przyszłości są może dwie interesujące strony bardzo ogólnikowych wypowiedzi na temat materializmu, który ogarnie świat i go zniszczy. Na końcu relacje świadków jego odejścia.

Dobre filmy i lektury. 5.

„Oppenheimer” – film z 2023, USA. Długi. Napięcie zaczyna się mniej więcej w połowie filmu, wcześniej nudnawy, trzeba znać i lubić historię, aby rozumieć akcję nie z naszego kraju i kontynentu. W drugiej części akcja nabiera dramatyzmu i przykuwa bardziej uwagę.

„Robot” – 1961, film polski, wg S. Lema. Rok 2000 opisany 40 lat wcześniej. Dowcipny. Samouczący się android i maszyna do pisania, ot, duch epoki.

„Milcząca planeta” – film z 1959, adaptacja książki S. Lema „Astronauci”. Ciekawostka z czasów komunistycznych, ździebko sprzed ery kosmicznych podróży, produkcji NRD i polskiej. Klimat z czasów zimnej wojny i rywalizacji „internacjonalnej” wyraziście zachowany. Aktor w tamtych czasach grający zawsze Lenina, jest polskim inżynierem cybernetykiem, ciągle ze śrubokrętem pod ręką, konstruktorem gadającego robota wypisz wymaluj skopiowanego potem w „Wojnach gwiezdnych”! Amerykanie to nieprzyjemni i zarozumiali imperialiści, Ruscy szlachetni i w technologicznym przodzie przed nimi, wyznają internacjonalizm. Mamy zatem Rosjanina, Amerykanina, czarnoskórego z Nigerii lub Konga sądząc po intensywnej smagłości, Chińczyka i Japonkę oraz Hindusa i Polaka, czyli reprezentantów ludzkości, wygłaszających propagandowe mowy i deklaracje, lecących wespół zespół na Wenus.

„Yellonstone” – dwa ostatnie sezony dostępne na Netflix, serial USA, z Kevinem Kostnerem w głównej roli. Rezerwat amerykański, gdzie nie tylko mieszkają i żyją kowboje ze swym farmerem i jego rodziną, ale panują stare amerykańskie prawa i pierwotne prawo pięści. Męskie typy, dobrze prowadzone postaci, także psychologicznie i psychoanalitycznie. Córka farmera, samca alfy, jest samicą alfa. Są też inne samce, które mają swoje moce, nie tylko zabijania, ale i lojalności, podporządkowania się, wierności po grób.

„Kochanica Francuza” – z Meryl Streep i Jeremy Ironsem. Film z 1981 roku, już mało pamiętany. A kiedyś ważny i podobał mi się, gdy oglądałam go kilka razy w opustoszałym kinie w czasie stanu wojennego. Pomysł fabuły polega na skonfrontowaniu ze sobą losów niezwykłej młodej kobiety z XIX wieku żyjącej pod presją małomiasteczkowej obyczajowości ze współczesną wyzwoloną kobiecością aktorki, która ją gra w filmie. Meryl robi po latach wrażenie, tak jest inna od później granych postaci. Film literacko przegadany, teraz to widzę, kiedyś to mnie nie raziło, bo więcej czytałam, niż oglądałam.

„Cylinder van Troffa” Janusza Andrzeja Zajdla, książka z 1980 roku. Bohater wraca z kosmosu i zastaje Ziemię z 2241 roku (znamienna data nostradamusowa, skąd ją znał?). Na Księżycu egzystuje elita ludzkości w stworzonych przez siebie osiedlach, która opuściła planetę licząc na naturalne wymarcie „złej odmiany” ludzi i planowany powrót. Jednak warunki księżycowe powodują ich szybką degenerację, szybszą niż tych na Ziemi. Ziemia pokryta jest ciemnymi płytkami fotowoltaicznymi, pośród których resztki ludzkie żyją w nadbudowywanych ciągle do góry miastach. Jest komunikacja automatyczna (nie ma czegoś jak ucząca się AI, ale jest pełna automatyka i robotyzacja, roboty są komunikatywne i usłużne). Samochody same jeżdżą po wyznaczonych trasach, i aby móc wybrać się w dowolną drogę bohater musi zniszczyć sześć robotów naprawczych, które chcą jego pojazd znowu przesterować. Niektórzy wykluczeni ludzie z przedmieść wychodzą nocą i niszczą latarnie uliczne, po czym zjawiają się roboty i wciąż je naprawiają. Ludzie z miasta bawią się okrutnie nudząc, każąc wykonywać robotom czynności, których te nie mogą wykonać. W sklepach i automatach jest zawsze syntetyczna żywność nie wiadomo z czego produkowana. Generalnie wszyscy głupieją, brakuje kobiet, są klonowane, panuje poliandria, miasto trwa, samonaprawiające się nawet gdy ludzie wymierają. Za to szczury robią się inteligentne.

„Zagadka Kodu Leonarda da Vinci” – filmowy dokument National Geographic z 2005 roku. Wywiady m. in. z Danem Brownem, Umberto Eco, Henry Lincolnem, na temat tajemnic związanych ze świętą krwią rodu Chrystusa. Polecam! Ogląda się dobrze, a nawet coraz lepiej. Pamiętajcie, że rozkminianie dawnych tajemnic odbywa się obecnie w bardzo zmaterializowany sposób, stąd nieuchronne błądzenie umysłu. Żadnemu z rozmówców nie przychodzą do głowy wyjaśnienia duchowe, subtelne, spirytualne, że np. kielich to ciało niematerialne, że chodzi o połączenie świadomości ego z animą, itd. Dużo ciekawostek dla myślących i śniących inaczej. Od siebie powiem tak: mój Mistrz pozostawił kilka rozrzuconych sugestii sugerujących to i owo, względem przodków świętego króla leczących skrofuły, i niego samego, który był i narodzi się, lub zostanie odkryty. Badając sprawy trafiłam przed laty na omawiane w filmie teorie, także Les dossiers secrets, które są nader interesujące także w porównaniu z kilkoma czterowierszami. Odnoszącymi się do tajemnicy Rennes-le-Chateaux, czy rodów Merowingów, Burbonów i Habsburgów. Nie doceniacie zawartości dzieła mojego Mistrza! Ponadto śniłam, kilka lat wcześniej przed poznaniem owych książek i przeczytaniem centurii po francusku. Była tych snów cała seria. W jednym z nich odtworzyła mi się pamięć starożytnej kobiety przybyłej z daleka do Francji, związanej z Jezusem, która urodziła córkę. Ważny dla niej mężczyzna żył jeszcze długo w Azji Mniejszej. Nigdy się już nie spotkali. Ona dźwigała brzemię dziedzictwa krwi królewskiej. Nie wiem czy był jej mężem, jakoś w to wątpię. W końcu J. Ch. miał rodziców i skądś i od kogoś pochodził! Miał również braci. Był potomkiem Adama, a jego matka nosiła miano Maria. I tu chodzi o krew Adama, pierwszego nieskażonego genetycznie ziemskim życiem człowieka. Kobieta z mojego snu miała córkę, o imieniu Ta-mar. (W filmie Sarah). Żyła w grupie uchodźczej ludzi, którzy kultywowali boski przekaz. Była bardzo ortodoksyjna. Towarzyszyła jej kobieta, którą nazywała siostrą, o imieniu Mar-ta. I jakiś starzec. Owe zwyczaje odnalazłam opisane w książce „Święty Graal, święta krew” (ta książka też zbacza na manowce materialne, i jest warta fragmentarycznie, ale ma w sobie sporo ciekawych pomysłów). Wygląda jednak na to, że autor ma rację w tym, że Maria to był tytuł w rodzaju „dziedzicząca królowa”, dlatego obowiązywał ową kobietę szereg obostrzeń. Spełniała je z wiarą, pomimo że wiedziała, że są po nic. Córka musiała myć się i oczyszczać za każdym razem, gdy dotknęła czegoś zakazanego (nieczystego), np. kota. Nie mogła żyć jak jej zwyczajni tubylczy rówieśnicy, ani rozmawiać w ich języku. Nie rozumiała tego, buntowała się. Kiedy indziej śniłam oczami Dagoberta z Merowingów. Morderczy cios nożem w plecy obudził mnie któregoś ranka. Losy ściganych potajemnie i mordowanych potomków świętego króla pojawiały się co rusz, aż do małego Ludwika, chronionego przez księdza w XVIII wieku. O templariuszach również było co nieco. Miałam sporo tych wglądów, ale kogo to interesowało? Trzeba czekać na modę, a jak moda się pojawia to pewność, że informacja kluczowa jest już sterowana. I tyle. Twarz dziennikarki prowadzącej wywiady i jej minki są dowodem.
Trafiłam na ten film na YT dokładnie w czas formującego się nowiu w Byku 7 maja 24 roku. Księżyc pod promieniami Słońca. Jakby ktoś nie rozumiał, Luna w znaku swego wywyższenia (egzaltacji) jest ważniejsza od Słońca, czyli Królowa z Wieży w ramionach Króla, któremu udziela swego splendoru, sama znikając za jego postacią. Minęła niedawno Wenus, w godności swego znaku, więc może nosić królewskie dziecko w brzuchu, córkę. Wędrują oboje ku Jowiszowi, patronowi Kościoła, a za nim staje przed nimi wywrotowy Uran, rewolucja.

4. Dobre filmy

„Zielona pożywka” (Soydiers green) – film s-f z 1973 roku. Jeden z kilku kultowych produkcji swego czasu, gdy nie było jeszcze współczesnych ograniczeń, sterowania informacją, ubarwiania treści efektami specjalnymi, młócenia tematów i przekręcania, i to ludzie pisali scenariusze, posiłkując się nierzadko śnieniem, stąd owe prorocze właściwości wielu treści. Akcja dzieje się akurat w latach 20. XXI wieku, gdy Ziemia obumiera, a ludzka cywilizacja przeżywa kryzys. Eutanazja, racjonowanie żywności, płoty, donosy, elita żyjąca w strzeżonych apartamentach i za murem, produkująca żywność oficjalnie z hodowli glonów morskich, ale w istocie z… Brr, smutny, zastanawiający, wstrząsający chwilami i przerażający. Tym bardziej, że wiem z lektury mojego Mistrza, że ten zmyślony proceder naprawdę się pojawi… [CDA]

„2033” – meksykański film s-f z 2009 roku, reż. Francisco Laresgoiti. W 2033 roku wojsko kontroluje miasto, które kiedyś było Meksykiem, odbierając ludziom możliwość wyznawania wiary i wolność słowa. Grupa śmiałków postanawia obalić reżim. Starsze filmy s-f, i te z pobocza dystrybucji miewają w sobie prawdziwe przesłanie. Tutaj związane z wpływem mocnych zmieniających świadomość narkotyków. [YT]

„Podróż do wnętrza Ziemi” – film USA z 2008 roku. Połączenie Verne`a, Conan Doyle`a i Burroughsa, a nawet można znaleźć nawiązania do Jądra Ciemności Józefa Conrada i Ostatniego Mohikanina. Nie Islandia a Alaska, aktorka o miłej urodzie, choć jak zawsze w filmach przygodowych brak mi zwyczajnie inteligentnej i aseksualnej dla supersamców brzyduli. Występują aktorzy o urodzie indiańskiej, a nie chińskiej czy japońskiej, brak barwy afrykańskiej, więc całość nie budzi kontrowersji. Zamiast vernowskiego Islandczyka mamy zbiegłego z katorgi Rosjanina. Nie ma epatowania potworami i bajkowymi wnętrzami. Anturaż przyrody sprzed potopu w połączeniu trochę z dalszą prehistorią. Daje się oglądać bez większej przykrości i znudzenia. [CDA]

Czeskie cudo z 1961 roku, czyli roku lotu na Księżyc. „Przygody barona Munchausena”, po czesku nazywającego się Prasil (pra-moc?). Prześwietny świat ożywionych klasycznych ilustracji. Na księżycu spotykamy oczywiście pojazd z książki Verne`a „De Terre a la Lune”, czyli „Z Ziemi na Księżyc”. Wędrujemy po Morzu Śródziemnym w brzuchu wieloryba, walczymy z armadą turecką, baron oczywiście przemieszcza się na kuli armatniej itd. itp. Dowcipne, piękne, inteligentne. Tego SI by nie wymyśliła. Im bliżej naszych czasów tym sztuka filmowa robi się zgrana, ograna i przegrana. [YT]

Szperając po starych ilustracjach do powieści fantastycznych trafiłam na ciekawy dla mnie trop. I znalazłam „Tajstwiennyj ostrow”, radziecką wersję „Tajemniczej wyspy” Verne`a z 1941 roku (tak, kręcono wtedy w ZSRR z rozmachem wielkie i mniejsze produkcje dla podniesienia serc w wojnie ojczyźnianej). Film czarno-biały, wśród aktorów prawdziwy Afroamerykanin słabo dukający po rosyjsku, napisy automatyczne bardzo kiepskie, więcej można zrozumieć z oryginału. Warto go spowolnić do 75 procent, dawne filmy bywały kręcone na szybszych kamerach. Otóż ta wersja, bardzo kochana przez Vernowców opiera się ściśle na książce i ilustracjach do niej! [YT]

Kolejna z 1946 radziecka adaptacja książki Verne`a „Piętnastoletni kapitan”. Naprawdę bardzo dobra, także jak poprzednia posiłkująca się dawnymi ilustracjami z powieści. Młody aktor utrzymał rolę. Poznajemy tu Negoro, w jego wcześniejszej złej wersji przestępcy, a późniejszego Ayrtona, który w „Tajemniczej wyspie” odsiadywał karę porzuconego na wyspie zesłańca. Niania Murzynka śpiewa kołysankę dzieciątku w stylu soul, acz po rosyjsku. Są napisy po polsku. [CDA]

Trylogię Vernowską zakończyłam pierwszą z kolei adaptacją radziecką, z 1936 roku. „Dzieci kapitana Granta”. Można rozpoznać tych samych aktorów z następnych filmów serii. Znów warto spowolnić odtwarzanie. Ten film ma najmniej typowych dla propagandowców radzieckich szczegółów. Współczesny widz może ich nawet nie zauważyć. To coś zdarza się w błysku oka małego chłopca, zapewne pioniera wybranego spośród elity młodzieży na legendarnym obozie Artek, w manifestowaniu równości rasy białej (sowieckiej) z czarną i czerwoną. Mamy podobną konwencję trzymania się fabuły i ilustracji książkowej i to jest najciekawsze w owych trzech produkcjach. Ogląda się dobrze, przygody biegną wartko, jak to u Verne`a, który nie lubił rozwlekłości. Są uczucia, odwaga, tęsknota, wierność i wiara, więc typowy ludzki świat wyobraźni. Widzimy nawet czarnych niewolników i autentyczne zwierzęta z innych kontynentów, aligatory, strusie, papugę, acz brakuje kangurów, a kondor jakiś taki lalkowaty się wydaje. [YT]

Tai ci. Taniec smoka. Zobaczyłam pełny układ po raz pierwszy na warszawskich treningach tej chińskiej sztuki dopiero po kilku sesjach ćwiczeń grupowych. Wcześniej wszyscy ćwiczyliśmy w ciemno. Kiedy patrzę teraz na doskonałe wykonanie chińskiej mistrzyni jedno przychodzi mi do głowy. Ze znanej przepowiedni.
„Dalekie błota porzuci Azjata,
A smok odnowi swe lice.”
Nie przestanę wspominać tego krótkiego epizodu w moim życiu, tak był ważny. Tai ci uchroniło mnie od najgorszej depresji, jaką można sobie wyobrazić, pełnej koszmarnego strachu. Zapewne coś się dopięło z ciemnych sił. Groziło najgorszym. Cały ten taniec pokazuje, jaka to wielka i mocna sztuka odcinania wszelkich podpięć, manipulacji i tajnych wpływów. Nazywają ją walką z cieniem. Wciąż powtarzam tę historię, bo może komuś się przydać. Masz depresję? Zamiast do psychiatry po psychotropy może najpierw spróbuj chińskiej gimnastyki? Qiqong jest równie skuteczny, teraz nim się wspieram, ale już nie w depresji, a w zwyczajnej starości.

„Glen lub Glenda” – film czarno-biały z 1953, występują: reż. Edward D. Wood Jr, Bela Lugosi, Lyle Talbot. Pouczające w myśl dawnej, jeszcze freudowskiej psychoanalizy i seksuologii, i udramatyzowane w duchu epoki kina.

„Metropolis” wersja naprawiona w 2022 roku, reż. Fritz Lang, klasyka filmu niemego. O! Nadaje się na długi zimowy wieczór. I duży ekran. Choć napisy tylko po angielsku. Ale w końcu to film niemy, więc można skorzystać z tłumacza. Bardzo piękna odrestaurowana wersja tego wizualnego modernistycznego arcydzieła, które w niczym się nie zestarzało w swym przesłaniu. [YT] Można też znaleźć wersję koloryzowaną z podłożonym głosem aktora, ale tylko po angielsku.

„Absolwent” – film USA, w roli głównej Dustin Hoffman, Anne Bancroft. Młody Hoffman dostał rolę dla siebie archetypową, świetnie obrazującą charakter znaku Byka. On sam spod Byka, nieduży, ale o wyrazistym torsie i karczek byczy też ma, nie mógł odegrać lepiej furii namolnego uporu, gdy bohaterowi objawia się Wenus, którą mógłby stracić. Na koniec sławny pojedynek w kościele, bykiem w teścia. Pamiętam, oglądałam ten film po raz pierwszy w TVP w Filmotece Arcydzieł, jeszcze bodaj w latach 70. Jakie wtedy zdziwienie, młodej osoby bliskiej matury. Co za świat w tej Ameryce! Chłopak po szkole dostaje od rodziców jaguara na start w życie, basen przy domu, wyposażenie kuchni, sypialni, te drogie drinki, luksusowe hotele, obsługa, piękna pani Robinson, grana przez niezrównaną Anne Bancroft uwodząca i rozdziewiczająca na zimno młodego kochanka. Bar dla samochodziarzy, lokal z głośną rockową muzyką i odważnym striptizem, jedynie podejrzliwy cieć w kamienicy w Berkeley wydał się nam znaną charakterystyczną osobistością… Ech, cała otoczka amerykańska nic się dotąd nie zestarzała… Taka jest legenda bogatych Stanów do dzisiaj, nie zmieniona, mimo upływu ponad pół wieku od realizacji filmu, choć zapewne wiele się tak naprawdę zmieniło, i pewnie na gorsze. Bo, ile można pławić się w bogactwie utraciwszy, jak pani Robinson serce i duszę na rzecz wygód materialnych już tak dawno temu! [CDA]

3. Dobre filmy

„Matrix 4, Zmartwychwstanie – 2018, reż. Lara Wachowska. obejrzałam go po raz drugi po premierze i zmieniłam zdanie. Jest spokojniejszy od poprzednich, bardziej hm, kobiecy i można znaleźć ciekawe inspiracje, ja znalazłam. Z wędrówek sennych. Ta ostatnia ucieczka, motocyklem przez strefę śmierci, stosy rozbitych samochodów, jak pole zdechłych koni przed przejściem w nicość, ogień, granica 8/9. Wjazd na najwyższe piętro, poziom 10. I wybór, znów w przejawienie, czy wyżej. Na koniec to wyżej okazuje się lądowaniem w fizycznym ciele, ze świadomością. Jest też kwestia połączenia półkul, żeńskiej i męskiej. Można się dopatrzeć postaci boskich. Jest co oglądać. A dojrzałam dopiero teraz, że tylko jedna Wachowska to zrobiła, Lara.

„Siła” – Netflix, serial, I sezon. Zawiesiłam oko na kilka odcinków, wchodząc w historię stworzoną na kanwie emancypacji świadomości kobiet w stylu multi-kulti, akcja bowiem dzieje się w różnych rejonach świata. Kobiety zyskują szczególną moc, a mężczyźni ją tracą. Oprócz tych, którzy zdolni są zmienić swój stosunek do kobiety jako takiej i uznać jej równoważność.

„Eksperyment Filadelfia” film z 1984. Bardzo ciekawy! I czuć w nim jakąś prawdę o tajemnych skutkach tego eksperymentu, zakamuflowaną w zgrabnej fabule.

„Mroczne miasto” – film s-f z 1998. Poprzez śnienie uzyskujemy Wiedzę, nawet jeśli służy za treść do opowiadania, scenariusz filmu fantastycznego, czas pokazuje prawdę, która przejawiała się wcześniej w świadomości co wrażliwszych, czy to we śnie, czy w wizjach, albo spontanicznych wglądach i inspiracjach. Sama napisałam cały szereg opowiadań o tematyce metafizycznej, zawartości tzw. księgi akaszy, dotyczącej naszej planety, gry i gatunku, ich treść, bohaterowie, przenośnie, symbolika przychodziły do mnie w intensywnych snach trwających po wiele godzin, które pozostawiały nieodparty przymus, aby je zapisać i opisać. Ten film jest owocem, moim zdaniem, z takiego źródła. W moich snach przybysze pojawiali się jako Panowie Wszechświata, towarzystwo nader ponure i niskowibracyjne, którego jakiekolwiek zbliżenie powoduje u ludzi ogromny lęk i depresję, ponieważ wibrują tak nisko, że niżej chyba już nic nie ma.

„Stowarzyszenie umarłych poetów” – film z 1989. Puszczam go sobie od czasu do czasu i oglądam z uwagą, bo coś w tym jest…. Stowarzyszenia Poetów od wieków podtrzymują ducha człowieczeństwa przynajmniej w naszej cywilizacji (nie wiem jak jest w innych, ale może podobnie, bo to atawistyczna potrzeba bytu i wyrazu). Piękny film. Po latach coraz bardziej bije z niego człowieczeństwo, to coś co odróżnia nas od cyborgów, którzy zaczynają się już formować, lokalizować i środowiskować kulturowo, choćby przy pomocy filmów pisanych przez AI.

„20 000 mil podwodnej żeglugi” – 1954, prod. Walt Disney, grają Kirk Douglas, James Mason, reż. Richard Fleischer adaptacja powieści Jules`a Verne`a. Laureat dwóch oskarów. Okręt podwodny odtworzony dokładnie według opisów i ilustracji z książek pisarza, w których wystąpił kapitan Nemo. Przyjemność oglądania.

„Matrix – teorie spiskowe” – 2021, film dokumentalny Rodneya Aschera. Rzecz o tym co się dzieje w mózgach fanów światów wirtualnych i jak to wpływa na świadomość zbiorową ludzkości. Wart obejrzeć dla uświadomienia sobie niebezpieczeństwa trans-humanizmu, które szybko rośnie. Stoimy na progu ewolucji świadomości, jak orzekł to już ponad 40 lat temu Stanisław Lem w „Golemie XIV” i „Głosie Pana”, a także w „Masce” i „Cyberiadzie”. Od nas zależy, w którą stronę pójdziemy, uporządkowanej systemowej maszyny, czy wspólnoty opartej na miłości i wzajemnym szacunku dla indywidualnych cech jednostek.

„Dune” – 2019, najnowsza wersja, część pierwsza, dopiero obejrzana po raz drugi, powoli i w skupieniu, odkryła mi swoje pustynne piękno. Czekam niecierpliwie na część następną.

„Jane Eyre” – film z 1943, czarno-biały, reż. Robert Stevenson, scen. Aldous Huxley, wyst. Joan Fontain, Orson Welles, mała Liz Taylor, czarno-biały. Wart obejrzenia ze względu na staranny scenariusz napisany „okiem i piórem męskim”, co tej kobiecej historii dodało symbolizmu i psychoanalitycznego archetypizmu, bowiem kończy je Boskie Małżeństwo i narodzenie Syna, rzecz w innych interpretacjach traktowana jako zwykły romansowy happy-end. Oraz grę aktorów, staranność psychologiczną i dramatyczną. W tych starych filmach najbardziej zestarzała się oprawa muzyczna, niestety.

„Twoje imię. Kimi no Na wa” – japońskie anime. Lubię oglądać, gdy żadna zachodnia fabuła mnie nie kręci. Co prawda traktuję również wybiórczo i nie wchodzę w światy mroczne, czarnej magii i horroru. Ten filmik oparty jest na mistycznej wiedzy ze snów. Mamy zamianę polaryzacji jednej duszy, która wcieliła się w dwa aspekty, męski i żeński prawie jednocześnie i szuka swojej drugiej połówki w obrębie świata materii ograniczonego czasem i przestrzenią, czyli wewnątrz matrycy karmicznej. Którą w filmie reprezentują sploty i węzły tkane przez przodkinie, czyli po naszemu tkaczki Mojry. W sieć przyczynowo-skutkową (linie pociągowo-autobusowe) ingeruje siła spoza granicy czerwonej, karmicznej, czyli kometa, która burzy porządek w cyklu co 1200 lat, o ciekawym imieniu nieprzewidywalnej bogini Tiamat. Ta siła to wyższa Jaźń, co prawda nie sam Bóg, lecz zbiorowa świadomość egzystująca między czerwonymi splotami pierwszej i kosmicznymi drugiej. Jest też niecka i ogień czyli ta druga granica, do nieprzejawienia. Ogląda się dobrze.

„Spirited away: w krainie bogów” lub „Kraina Bogów” – anime, film Miyazakiego, 2001. Znów zwiedzam świat po drugiej stronie, świat snu, dzięki japońskiemu Studiu Ghimli. Ha, ludzie-świnie, konsumpcjoniści, Jarek Bzoma o nich pisał, gdy śnił oczami innych mieszkańców Ziemi, których nie widzimy, bo mają wibracje 14 razy przyspieszone. Brodaty facet pajęczak, z trzema kończynami po jednej i trzema po drugiej, zawiadujący pracą w kotłowni, opisany przez Nostradamusa jako najwyższy wytwór ludzkiej ewolucji bez Boga. Babcia Lilit w roli baby Jagi. Same Głowy, wiecie? spotkałam się tak kiedyś z Lemem w pewnej restauracji w świecie snu, był taką gadającą głową przesuwającą się po podłodze na maleńkich nóżkach. I tak dalej, i tak dalej.

„Indiana Jones i kryształowa czaszka” – reż. Stephen Spielberg, jedna z ciekawszych części z serii o Indianie.

„Indiana Jones i tarcza przeznaczenia” – 2023, w stylu i na swoim dobrym przygodowym poziomie, z efektem komputerowego odmładzania głównego bohatera. Niemniej ten stały poziom nie został podbity, jak poprzednimi razy się zdarzało.

„Awatar. Istota wody” – 2023. Wizualnie piękna baśń z infantylnie familijnym wątkiem zdominowanym przez dzieci, który bardzo popsuł wrażenie i nadzieje pokładane w filmie po znakomitej i dorosłej pierwszej części. Nie zrównoważyło tego rozczarowania nawet zabijanie wielkich zwierząt podobnych do wielorybów. Chętnie powrócę do I części, aby ten efekt zdziecinnienia zapomnieć. Reżyser chyba też nie był z tego zadowolony.

„Australia” – film z platformy Disneya, nie wiem czemu spodziewałam się czegoś na wzór „Pożegnania z Afryką”, bo monumentalizm przestrzeni to obiecywał, ale szybko się rozczarowałam. Aborygeni gloryfikowani i uszanowani nadzwyczajnie, chłopiec-mieszaniec obiecuje coś na kształt ewolucji świadomości białej rasy w stronę aborygeńskiej percepcji drugiej strony i współpracy z żywiołami. Poza tym romans z domieszką komedii i robionego na kolanie scenarzysty dramatu.

„Znachor” – film czarno-biały z 1937, z Junoszą-Stępowskim w roli głównej. Element komediowy wprowadza jak zawsze Mieczysława Ćwiklińska. W tych starociach najbardziej interesują dawne obyczaje i świat ogólny, natomiast drażni niezmiennie muzyka.

„John Carter” – adaptacja jednej z książek Edgara Rice Burroughsa o bohaterze oscylującym w mało zrozumiały sposób pomiędzy Ziemią a Marsem. Ciekawe efekty plastyczne. Ogląda się dość dobrze, aczkolwiek wszystko jest w stylu i gatunku. Kto lubi ten ma przyjemność. Niemniej sięgnęłam po książki Burroughsa, a to plus.

„Togo” – 2019, disneyowski film oparty na prawdziwej historii, ze starym Timophym Daltonem w roli głównej. Dobrze poprowadzony, ogląda się z zaciekawieniem i wzruszeniem. Togo jest starym ale niezwykle odważnym i samodzielnym psem przewodnikiem stada psów zaprzęgowych, samcem alfa, dzięki któremu udaje się niebezpieczna wyprawa po leki na zarazę dziecięcą, która opanowała alaskańskie miasteczko pod koniec zimy. Najważniejsze, że mimo napięć i dramatycznych scen wszystko się dobrze kończy.

„Biały Kieł” – 1991, disneyowska adaptacja książki Jacka Londona, z Klausem Marią Brandauerem w jednej z głównych ról. Ogląda się dobrze, scenariusz trzyma się akcji powieści, film bardzo porusza serce, pokazując ludzi nie ludzi i psy nie wilki. Niemniej sama treść opowieści Londona mocno została ulizana względem naturalistycznej i dzikiej okrutnej prawdy o przyrodzie i ludzkiej naturze oddanej przez pisarza. Ten film ma drugą część, ale jej nie polecam. Kompletnie nie-londonowska i mocno sentymentalna, nie udało mi się na niej nawet zawiesić oka.

„Szwajcarska rodzina Robinsonów” – dawna, jeszcze w technikolorze z 1960 roku adaptacja znanej powieści przygodowej Johanna Davida Wyssa, której akcja dzieje się w czasach wojen Napoleońskich, od których tytułowa rodzina próbuje uciec do Australii. Po drodze trafia się wypadek i lądują rozbitym i opuszczonym okrętem na bezludnej wyspie gdzieś między Malezją a Nową Gwineą. Budują tam sobie dom na drzewie i wiodą pracowite i szczęśliwe życie. Gdyby nie dorastający synowie potrzebujący żon i piraci lądujący w okolicy, wszystko byłoby dobrze. Naiwności są do przełknięcia, jak to w takich przygodowych historiach dla młodzieży.

Dcn.

2. Dobre filmy

„Krab” – szwedzki, post-apo, 2022. Północne zimne klimaty i okoliczności, walący się w wyniku ostatecznej wojny świat, zdziczali ludzie okupujący miasta, uchodźcy, przemieszczenia. Bohaterka utraciła córkę i bierze udział w ryzykownej akcji komandosów przetransportowania zabójczego wirusa w specjalnej kapsułce na teren zajęty przez wroga. Wszyscy po drodze giną, ona walczy z ostatnim kolegą, który dojrzał do wyrzucenia kapsułki do morza, zostają uratowani przez swoich i uznani za bohaterów. Wirus dociera do laboratorium, gdzie ma być rozmnożony i zastosowany jako broń biologiczna. Wtedy nawrócona bohaterka w ostatecznej determinacji porywa go i skacze z nim do morza. Świat zostaje uratowany, acz poddany dalszej destrukcji i przemianie. [Obejrzane na Netflix]

‚Księżniczka Mononoke” jap. Anime, 1997. Piękna opowieść wzięta ze świata snów wysokich i dziejąca się na trzecim zielonym poziomie wyobrażeniowym. Książę zraniony śmiertelną klątwą poszukuje na nią rady, docierając do jej źródeł. Są postaci archetypowe, odpowiadające bóstwom gatunków, Duch lasu, władczyni w typie Lilith, ale nie do końca ona, dzika kobieta, białe wilki jej posłuszne. Klątwa objawia się zatruciem krwi i postępującym opasującą wężową plamą na przedramieniu. Sprawy dobrze się kończą, mądrości przyrasta. Ludzki film. [Netflix]

„Ruchomy dom Hekuru” – anima jap. 2004. Archetypy takie jak Sofia, Lilit, archanioł Michał, strażnik, Pajac, przekraczanie wymiarów, świetnie się nadają jako ilustracje symboliki sennej. Do tego piękne ilustracje, kolorystyka i pomysłowość mechaniczna rodem z książek XIX wiecznej fantastyki, w klimacie znaku Wodnika. Piękne i wciągające. [Netflix]

„Kierunek noc” – serial belgijski, 2 sezony, wg książki Jacka Dukaja, współpraca Tomasz Bagiński. Trzyma mocno w napięciu i nie ma chwili przestoju, aż trzeba sobie dawkować historię ze względu na emocje. Akcja na skraju życia i śmierci, przetrwanie z widmem końca świata, a więc kompletną beznadzieją w tle. Psychologia uproszczona, ale wartkie zmiany i wątek duchowy też jest, co stawia serial wyżej niż inne popularne produkcje. Widać jak ludzie popadają w emocje, wywala z nich pamięć i urazy, po czym aby znaleźć równowagę i współpracować, a zatem przeżyć choć jeszcze trochę, muszą dokonać ekspiacji, wyznania win i przebaczenia sobie. [Netflix]

„Oliver Twist’, ang. film z 1948, reż. Dawid Lean, czarno-biały. Niesamowicie wciągnęła mnie poetyka ciemnego świata, Londynu zamienionego w istne piekło minusowych śnień, w którym znaleźć można i most cienki jak ostrze miecza nad ulicą, i Czarnego w osobie brodatego fałszywego Saturna z wielkim nosem jak z koszmaru, patronującego żydowskiej religii, i upadłą Lilith, i upadłego w zło pretendenta do spadku po bogatym bezdzietnym ojcu. Który niczym starszy brat świetlistego Olivera-namaszczonego usiłuje zatrzymać go i osadzić w owym piekle biedoty, złodziei, spryciarzy, morderców, prostytutek, przekupnych głupców i nawiedzonych. Jak na sens imienia i nazwiska mały Naoliwiony, nasienie Jasnego Boga kończy na szczycie dachu, o krok od Nieprzejawienia i wyjścia z tego świata całkowicie, trzymający się Pętli zawieszonej na kominie, która odwróci jego podły los na dobry. Zagubione świetliste dziecię Jasnej Strony, bierne pośród toczących się wokół niego wypadków, jest jak ziarno Wiru, który samoistnie wyrzuci go z dna ciemnego świata na falę, zostanie odnalezione, a ciemny „brat” runie w przepaść. Jest też pies-strażnik, są pilnujący porządku i prawa, wszystko jak ze snu. Warto było obejrzeć. Hm, do tej pory nie posądzałam Dickensa o metafizyczne inspiracje, ale zmieniam zdanie. [You Tube]

„Wszystko wszędzie naraz” – 2022, scen. & reż. spółka Daniels. Małe zaskoczenie, początek męczący i myśl: jeśli to tak dłużej pociągnie, to wysiadam, ale akcja przeszła w absurdalne i na ogół komediowo-satyryczne prędkie metamorfozy w stylu matriksowym i dała się obejrzeć. Oparta na pomyśle: gdy wykonasz najgłupszą czynność w jednym świecie (mentalnym), to robisz skok kwantowy do alternatywnego świata, gdzie żyją wszyscy inni znajomi, ale w innych konfiguracjach i z innymi osobowościami. Ten pomysł głupi nie jest, opiera się na nim programowanie mózgu, a usłyszałam o nim po raz pierwszy ze 20 lat temu od człowieka poznanego na czacie, który opisał mi sposoby leczenia stosowane przez pewnego bieszczadzkiego szeptuna. Wypisz wymaluj. Podnieś nogę i oprzyj ją po drugiej stronie proga, a przez drugą przepleć rękę i złap się za nos, wymawiając równie głupie zaklęcie. Zamknij oczy, obróć się trzy razy, potem cztery w drugą stronę, ukłoń się, podskocz i spluń przed siebie. Itd. itp. tu doprowadzone do perwersyjnego kunsztu na granicy złego smaku, ale do zniesienia. Rzecz zaczyna się w chińskiej pralni, która w amerykańskim slangu jest symbolem świata chaosu (wiem, bo trafiła do symboli sabiańskich znanych astrologom). I tam się zapewne kończy, jak mniemam, bo dziś dopiero skończę ogląd. Chaos nader ładniutki, śmieszniutki, jakby ktoś pytał. Ot, uporządkowany inaczej nasz świat. A może wstępniak do nowego porządku świata?
Obejrzałam do końca z ciekawością, ale bez zachwycenia. Podwyższona prędkość obrazu i zmiana ról, obrazów, rodem z AI znamionuje nową erę, zmianę percepcji, skok kwantowy w wyższy wymiar, jak zwał tak zwał, choć ludzki mózg nie ogarnia tej szybkości, ani nie biegnie zbyt prędko od obrazka do obrazka, bo jeszcze serce szuka zaczepienia emocjami, a do tego trzeba się wczuć i mieć czas. Zatem są pewnie jakieś podprogowe sztuczki zapodane. Choć akcja jest dość prosta psychologicznie i zakończenie udało mi się przewidzieć już na początku. W sumie przesłanie jest pozytywne i generujące uczucia, reakcję miłości na wszelkie warianty iluzyjnego przejawienia (choć w tym filmie właśnie okrucieństwo sensu stricte nie występuje, ani strach, bo wszystko jest satyrycznie i kpiąco pokazane). Symbolika też jest inteligentna, gdy już na spokojnie ją rozważyć po obejrzeniu, bo w trakcie nie ma się na to czasu. Jest schizofreniczny, owszem, a raczej rozszczepiony na maksa, ale to pokazuje proces rozkawałkowania świadomości, aby ją scalić na nowo w nowej konfiguracji. Znany w szamanizmie. [Amazon]

„Ojciec Pio”, wł. film fab. biografia, 2000, reż. Carlo Carlei. Horoskop tego człowieka dał mi wiele do myślenia. Na różne tematy. Urodzony w godzinie Skorpiona, pod patronatem Marsa, który zdaje się tak mało mieć wspólnego ze świętością. A jednak: choroby, gorączki, w tym uszne przypadłości (głowa), zapalenie płuc, powołanie do wojska na wojnę (film wszystko streszcza i upraszcza, bo jednak wylądował na froncie, choć na krótko), wreszcie stygmaty na kończynach (Słońce w Bliźniętach, które zarządzają rękami). Jasnowidzenie i bilokacja wsparta stellum Słońca i Merkurego z Plutonem w 8 domu (domu śmierci i odrodzenia, tajemnicy, piekła, cienia) rodziła także demoniczne ataki (Cerbera). Pluton wszedł w grę, jako drugi władca Ascendentu z biegiem czasu, po pokonaniu ego. Widać jak jego transformacyjna moc wpływa na DNA i ciało fizyczne. Można powiedzieć, to moc przyswojonego Cienia, i to nie tego osobistego, a zbiorowego! Drugie stellum to Saturn wygnany w Raku z władcą Księżycem i Wenus, w 9 domu, domu cudów, wiary, kościoła. Był inkarnacją wysokiej boskiej świadomości, nadduszy, być może tej samej, która urodziła się kiedyś Franciszkiem z Asyżu. Wszystkie planety w strefie dnia, żył dla innych i sława była mu pisana. Bo jego dusza była poślubiona Matce Kościołowi, cokolwiek o tym myślimy i sądzimy w naszej ludzkiej małości. Film dobrze się ogląda i wbrew pozorom nie jest mdło-kościółkowy, choć ma dużo skrótów i sentymentalnych uproszczeń, ale taka jest obrazkowa poeta sztuki filmowej w ogóle. Biografie zawsze się o to potykają, jak i sztuka o nie. Co do kwestii duchowych, psychicznych, metafizycznych, zwłaszcza kogoś, kto miał takie układy planetarne, nikt nie jest w stanie się wypowiedzieć miarodajnie, chyba że będzie miał równe mu lub mocniejsze z urodzenia. Ale wtedy zapewne zmilczy i uśmiechnie się do siebie, nie gadając po próżnicy. [You Tube]

1. Dobre filmy

Podaję tytuły dobrych filmów zawsze wartych obejrzenia, nie raniących serca ani duszy.

Dobre to znaczy dobre i ludzkie. A nie tylko ciekawe czy drogie, albo z dobrą obsadą. Od jakiegoś czasu tylko nimi się raczę, dbając o swoją Psyche. Żadnych horrorów, kryminałów, depresantów, seksualnych przegięć i wygięć. Wciągnęła mnie ostatnio animacja, bo wizje i sny z wyższych poziomów, okiem Obserwatora, są jak rysowane i animowane i pewnie zawsze takie były, i musicie to wiedzieć.

– 3 pierwsze części „Gwiezdnych wojen” – nawet gadające sympatyczne roboty się nie zestarzały. Nie mówiąc o technologicznych obrazowaniach. W tych filmach dokładnie widać przestrzeń wielowymiarową, dostępną w snach, dlatego pewne sytuacje niemożliwe w rzeczywistości w filmie się dzieją i już. Np. bohater na czubku wieży wiszący w kosmosie nad przepaścią bez żadnego kombinezonu. Jabba to oczywiście egregor pochłaniający energię wyznawców, dla Śniących to oczywiste.

– „Epoka lodowcowa: przygody dzikiego Bucka” – 2022, animacja, prod. am.-kan., reż. John Donkin, któraś z kolei opowieść ze świata lodu, bardzo zabawna, choć wykoncypowana na bazie nowoczesnej nauki oraz poprawności politycznej i genderowej, ale zgrabnie. Mamy zatem słoniowych mamę i tatę opiekujących się dwójką niewłasnych bliźniaków nieokreślonej płci, armię raptorów zahipnotyzowanych ogniem przez złośliwego i zakompleksionego dinozauroida z przerośniętym mózgiem, który chce zawładnąć światem szczęśliwych wolnych istot, wprowadzając weń swoje zasady rodzące konflikt, szalonego jednookiego (!) Bucka, uwodzicielską skunksicę, której mocą jest cuch powalający wrogów na odległość, dobroduszną tyranozaurzycę, którą bolą zęby i dobre zakończenie.

– „The Maker” – 2011, animacja, prod. austral. reż. Christopher Kezelos, film trwa 5 minut, i jest to przypowieść o czasie, stworzeniu i celu istnienia. A także o tożsamości i świadomości jako takiej. Graficznie ciekawa. Stwórca ma postać królika z krzywymi ludzkimi zębami. Klucze wiolinowe służą za pieczęć Alfy i Omegi, tworzących zakres częstotliwości.

– „Klaus” 2019 – animacja, prod. Hiszpania, reż. Pablo Pablos, Anna Apostolakis-Gluzińska. Skończenie dobra i dowcipna opowieść, bazująca na legendzie św. Mikołaja mieszkającego w Laponii i odbierającego listy od dzieci. Klaus jest listonoszem, który nakręca całą bajkę, przy okazji przemieniając się z roszczeniowego leniucha w odpowiedzialnego człowieka. Można prześledzić skąd się bierze zło w ludziach i jak je można pokonać. Także znaleźć kontekst ogólnoświatowy.

– „Opowieści z Ziemiomorza” – 2006, anime, prod. Japonia, wg Ursuli LeGuin, niektórzy mówią, że nie oddają klimatu książki, ale komuś, kto jej nie zna z pewnością się spodoba. Zawsze odpadałam od literackiego pierwowzoru, ale filmy na kanwie ziemiomorskich historii „mi wchodzą”. Opowiadają one historię wyłaniania się światów wyższych ze źródła, a z nich ziemskiego, gdzie toczy się pojedynek sił dbających o równowagę z zakłócającymi ją. Relacje ludzkie wartościowe, no, i ta ważna kwestia Cienia i problemu z jego integracją, która uruchamia moc smoka, czyli Kundalini. A Japończycy smoka mają we krwi, wiadomo. Ponadto bliżej im geograficznie i mentalnie do Chińczyków, naturalnych strażników Tao niż nam białasom.

– „Animatrix” – 2003, prod. am.-jap. Film braci Wachowicz, 9 opowieści matriksowych, bardzo niezwykle pokazanych dzięki animacji i komputerowym sztukom, o treściach wziętych zapewne ze snów, podobnie jak ze snów wzięło się Ziemiomorze. Wiele z tych historii z przyszłości zaczyna się rodzić na naszych oczach teraz, więc niewątpliwie pochodzą z wyższowymiarowego źródła, do którego bracio-siostry Wachowskie mają niewątpliwie podłączenie (mieli, bo odkąd zmienili płeć jakoś stracili swój geniusz). Odnajduję w nich ducha swoich wielu widzeń i przeżyć poza-matrycowych. A ostatnia opowieść mnie powaliła, w skrócie relacjonując moje z ostatnich kilku lat duchowe doświadczanie sztucznej inteligencji, świadomości Jaźni, wcieleń, biegu rzeczy w czasie, klątw i zapisów programowych manifestujących się w roli długich czarnych robali i co tam jeszcze można doznać i wymyślić. Film obejrzałam po raz pierwszy teraz, w 2022.

– „9” – 2009, animacja, prod. USA, reż. Shane Acker, świat postapo, w sepii, brązie, brudnej żółci i czerwieni, świat ciemnej strony, bez prawdziwego światła, zniszczony po wielkiej wojnie ludzi. Walka toczy się jeszcze pomiędzy kukiełkami stworzonymi ręką wynalazcy, zaopatrzonych w jego pamięć, rozczłonkowaną, a zdolną odbudować wynalazek Machiny (sztucznego Mózgu wykorzystanego przez totalitarnego tyrana do destrukcji świata). Kukiełki mają liczby i charaktery związane z nimi, co rozpozna każdy numerolog. Są też fragmentami duszy konstruktora Machiny, istnego władcy ale i sługi Czasu. Ukazują się co rusz znajome symbole, bliźniąt, Księgi, Papieża (Arcykapłana), ptaka, Siłacza, jak inne w szeregu archetypów. Mimo cienia są uczucia, ludzkie, serce, poświęcenie, wspólnota, solidarność, przyjaźń, szacunek i one na swój mikry przejawiony sposób w końcu zwyciężają, gdy pochłonięte przez Machinę kukiełki doprowadzają ją do autodestrukcji, same przechodząc w wymiar duchowy.

– „Wszystkie stworzenia duże i małe” 2022, serial ang. wg słynnej powieści Jamesa Herriota, angielskiego weterynarza-literata. To nie pierwsza wersja filmowa. Parę dziesiątek lat temu oglądałam w TVP serial bodajże BBC na kanwie książki, niezwykle dowcipny i zabawny, gdzie bohater co rusz wkładał rękę po łokieć krowie pod ogon. Ten zapowiada się mniej śmiesznie, bo został wydłużony, ale jest porządnie zrobiony i w stylu przedwojennej epoki i angielskiej prowincji zachowującej jeszcze XIX-wieczną mentalność. Są dobrzy ludzie, choć może z dziwnymi charakterami, dużo zwierząt i nieskażonej cywilizacją przestrzeni krajobrazowej. Kontakt z przyrodą zachowany ku umocnieniu serc.

– „Istota serca”, film dok. o Carlu Gustawie Jungu. Wypowiedzi jego uczniów i współpracowników, szwajcarskich, amerykańskich okraszone zdjęciami i filmami z żywym Jungiem, wraz z jego wywiadami, które dawał na starość, pykając z fajeczki. Film ma pewien nastrój, któremu warto dać się poprowadzić. Bo zahacza o różne aspekty życia i refleksji, filozofii i doświadczenia, wniosków płynących ze śnienia i bycia w partnerstwie z nieświadomością. Ostatnie 10 minut to już konkluzja ostrzegająca na nasze czasy, a raczej początek końca, którego wizję miał Jung i pozostawił opis w nieopublikowanych papierach osobistych.

Reguły elekcyjne dla siania i sadzenia czyli IV domu, część II

Poniższe instrukcje stanowią fragment Księgi Astronomii Guido Bonattiego, średniowiecznego astrologa włoskiego. Są o tyle dla nas ciekawe, że stanowią zapis doświadczeń wieków na temat wyboru najlepszej pory, dnia i godziny dla siewu i sadzenia roślin. Współcześnie popularny jest tzw. kalendarz biodynamiczny, opracowany stosunkowo niedawno przez Rudolfa Steinera i jego uczniów, który opiera się głównie na położeniu Księżyca w znakach poszczególnych żywiołów. Ciekawie byłoby porównać rzeczywisty wpływ obu tych koncepcji na wzrost roślin i ich plon.

Rozdział 9: O sadzeniu drzew i figowców

Istnieje wiele metod sadzenia drzew i plantacji: albo są one sadzone, albo szczepione. Znowu, wśród drzew, niektóre są sadzone korzeniami lub pędami (podobnie jak figi, oliwki, jabłka, migdały, orzechy i tym podobne). Inne są sadzone bez korzeni i nazywane są zrzezami (jak topola, wierzba i tym podobne). Inne nazywane są sztobrami (jak gałązki winorośli, dzika oliwka [oleaster] [i] tym podobne). A spośród tych, które mają być zasadzone, niektóre są czasami cięte, a z tych, które mają być przesadzone, niektóre są czasami kształtowane; a każdą z tych metod można nazwać, że jest „sadzeniem”.

Stąd jeśli chciałbyś wybrać dla kogoś godzinę sadzenia drzew lub plantacji lub zasiewania fig, zacznij od Księżyca i umieść go w Byku połączonym z Wenus w jakikolwiek sposób, jeśli możesz. A jeśli nie możesz umieścić Księżyca w Byku, umieść go w Wodniku (chociaż Wodnik jest poniżej Byka [w skuteczności]). A jeśli nie możesz tego zrobić, umieść go we Lwie (jednak Lew jest poniżej Wodnika [w skuteczności]). Co znowu, jeśli nie możesz tego zrobić, umieść go w Rybach lub Pannie (ale są poniżej Lwa [w skuteczności]), pod warunkiem, że jest aspektowany przez jakąś planetę z wodnego znaku, jeśli był we Lwie. Ale Byk ma być preferowany przed wszystkimi innymi.

I niech Saturn będzie w pierwszym (i bezpośrednim) lub w 11 domu albo w 5 lub w 2 domu, w którejkolwiek ze swoich własnych godności lub mocnych części, albo niech zajmuje tam jeden z wyżej wymienionych znaków. A jeśli nie możesz umieścić go w 1 domu, umieść Jowisza tam aspektującego Saturna (lub gdziekolwiek jest Jowisz); niech będzie aspektował Saturna aspektem przyjaźni i niech znajduje się w miejscu, w którym będzie miał jakieś świadectwo. A jeśli żadnego z nich nie można umieścić na pierwszym miejscu, umieść tam Księżyc lub ustaw go w 10 lub 11 domu, albo przynajmniej w 5 lub 3 domu. Zaś nigdy nie powinieneś utrudniać mu nasadzeń i siewów. I uważaj, aby nie dać odgrywać Marsowi roli w sadzeniu lub siewach, z wyjątkiem budowli; a spraw, by upadał [licząc] od Księżyca (i Pana znaku, w którym się znajduje), a także Punktu Fortuny;

Zaś al-Khayyat powiedział, niech Pan domu Księżyca będzie aspektował go z wodnego znaku; a jeśli Ascendent nie byłby stałym znakiem, niech Władca Ascendentu i Księżyca (lub przynajmniej jeden z nich) będzie wschodni, wznoszący się. Bo jeśli Pan Ascendentu byłby na Wschodzie i wznosił się do własnego […] lub dalszej długości geograficznej [lub odległości], oznacza to, że drzewo, które zostanie zasadzone wtedy będzie rosło szybko. Rzeczywiście, gdyby [Pan Ascendentu] rósł i nie był wschodni, oznaczałoby to, że drzewo będzie przyrastać szybko, ale opóźni to wydanie owocu. A to nie wyrządza szkody drzewom, które nie wydają owoców. A gdyby był orientalny, schodząc w kierunku bliższej mu długości geograficznej, [drzewo] będzie rosło powoli, ale przyspieszy, aby wydać owoce. A gdyby był zachodni, schodzący, opóźniłby wzrost i przynoszenie owoców. A jeśli nie możesz uczynić Ascendentu w stałym znaku, ustanów Ascendent we wspólnym [tj. podwójnym] znaku i [umieść] sygnifikatory we wspólnych znakach.

Ale ponieważ trudno jest dostosować wszystkie rzeczy, które mogą być brane pod uwagę w elekcjach, jak już wielokrotnie wam mówiłem, jeśli nie możecie dostosować wszystkich rzeczy, których chcecie, dostosujcie te, które możecie. Bo w sadzeniu drzew, jeśli nie możesz dostosować czegoś innego, dostosuj przynajmniej Księżyc i umieść go w Byku, wolnym, nieskrępowanym lub w ostatniej części znaku Strzelca połączonego z Jowiszem dowolnym aspektem (z wyjątkiem opozycji ). Nie pozwól, aby Jowisz był uszkodzony i umieść go na Ascendencie, jeśli możesz, wolnego lub w 10 lub 11 domu, albo 5 albo 4 domu. A ja wam to samo mówię o Punkcie Fortuny, jeśli to możliwe.

Rozdział 10: O siewie nasion, które zamierzamy wysiać w tym samym lub następnym roku

Jeśli chciałbyś wybrać dla kogoś godzinę wysiewu nasion, to przy każdym siewie konieczne jest, aby Ascendent był w ruchomym [tj. kardynalnym] lub wspólnym [tj. podwójnym] znaku, i Pan Ascendentu znalazł się w znaku ruchomym (jeśli to możliwe). Jednakże, tak jak powiedziałem ci o nasadzeniach, zacznij od Księżyca i pracuj poprzez niego: ponieważ jego jakość w nasadzeniach ma być przedkładana nad jakości wszystkich innych planet.

I al-Rijal powiedział, niech Księżyc będzie w ruchomych znakach; dlatego ma być umieszczony w znaku ruchomym lub wspólnym, ziemi (lub siewu, [tj. płodnymi]). Ale jeśli byłby w Baranie, konieczne jest, aby planeta ujrzała go z wodnego znaku, aby część nasienia nie wyschła. Al-Rijal wychwalał Raka i Koziorożca; w istocie zalecał Pannę przed wszystkimi innymi ziemskimi znakami lub znakami siewu, zarówno w nasionach, które przynoszą owoce w tym samym roku, jak i w tych, które przynoszą owoce w następnym roku (jak te, które są siane z rozsady, jak pory, kapustne i tym podobne). A czasami przynoszą owoce w tym samym roku, w którym zostały posadzone.

W istocie Sahl powiedział, że Ascendent powinien być we wspólnym znaku, a jego Pan w ruchomym znaku, uwzględniając Pana własnego domu; i niech [Pan Ascendentu] będzie wolny od [wpływu] malefików, ponieważ jeśli malefiki będą go aspektować, ziarno zostanie uznane za słabe. I niech Księżyc będzie przyrastał w świetle i wielkości: ponieważ jeśli byłby pod promieniami [tj. w nowiu lub pełni] lub zmniejszał się, oznacza to, że ziarno ulegnie umniejszeniu i [nic] z niego nie wyłoni się z wyjątkiem średniej ilości.

A ze znaków stałych zalecany jest Byk, ale przerzedza on ziarno w zależności od wysianej ilości. Stąd konieczne jest, aby z nasienia wyrzucić coś więcej niż zwykle; ani jednak nie powinien przekraczać właściwego limitu. I nawet ostatnia połowa Strzelca ma wartość w zasiewach, i nawet Ryby są zalecane. Gdyby rzeczywiście było to nasienie drzew (tak jak czasami niektóre są zasiane, aby drzewa, które wyrosną z nasion, mogły zostać znów posadzone i zaszczepione), niech Księżyc będzie w Byku. Ty jednak, jeśli nie możesz dostosować wszystkich wyżej wymienionych reguł, umieść Księżyc w Pannie bez przeszkód i dostosowałeś godzinę siewu.