3. Dobre filmy

„Matrix 4, Zmartwychwstanie – 2018, reż. Lara Wachowska. obejrzałam go po raz drugi po premierze i zmieniłam zdanie. Jest spokojniejszy od poprzednich, bardziej hm, kobiecy i można znaleźć ciekawe inspiracje, ja znalazłam. Z wędrówek sennych. Ta ostatnia ucieczka, motocyklem przez strefę śmierci, stosy rozbitych samochodów, jak pole zdechłych koni przed przejściem w nicość, ogień, granica 8/9. Wjazd na najwyższe piętro, poziom 10. I wybór, znów w przejawienie, czy wyżej. Na koniec to wyżej okazuje się lądowaniem w fizycznym ciele, ze świadomością. Jest też kwestia połączenia półkul, żeńskiej i męskiej. Można się dopatrzeć postaci boskich. Jest co oglądać. A dojrzałam dopiero teraz, że tylko jedna Wachowska to zrobiła, Lara.

„Siła” – Netflix, serial, I sezon. Zawiesiłam oko na kilka odcinków, wchodząc w historię stworzoną na kanwie emancypacji świadomości kobiet w stylu multi-kulti, akcja bowiem dzieje się w różnych rejonach świata. Kobiety zyskują szczególną moc, a mężczyźni ją tracą. Oprócz tych, którzy zdolni są zmienić swój stosunek do kobiety jako takiej i uznać jej równoważność.

„Eksperyment Filadelfia” film z 1984. Bardzo ciekawy! I czuć w nim jakąś prawdę o tajemnych skutkach tego eksperymentu, zakamuflowaną w zgrabnej fabule.

„Mroczne miasto” – film s-f z 1998. Poprzez śnienie uzyskujemy Wiedzę, nawet jeśli służy za treść do opowiadania, scenariusz filmu fantastycznego, czas pokazuje prawdę, która przejawiała się wcześniej w świadomości co wrażliwszych, czy to we śnie, czy w wizjach, albo spontanicznych wglądach i inspiracjach. Sama napisałam cały szereg opowiadań o tematyce metafizycznej, zawartości tzw. księgi akaszy, dotyczącej naszej planety, gry i gatunku, ich treść, bohaterowie, przenośnie, symbolika przychodziły do mnie w intensywnych snach trwających po wiele godzin, które pozostawiały nieodparty przymus, aby je zapisać i opisać. Ten film jest owocem, moim zdaniem, z takiego źródła. W moich snach przybysze pojawiali się jako Panowie Wszechświata, towarzystwo nader ponure i niskowibracyjne, którego jakiekolwiek zbliżenie powoduje u ludzi ogromny lęk i depresję, ponieważ wibrują tak nisko, że niżej chyba już nic nie ma.

„Stowarzyszenie umarłych poetów” – film z 1989. Puszczam go sobie od czasu do czasu i oglądam z uwagą, bo coś w tym jest…. Stowarzyszenia Poetów od wieków podtrzymują ducha człowieczeństwa przynajmniej w naszej cywilizacji (nie wiem jak jest w innych, ale może podobnie, bo to atawistyczna potrzeba bytu i wyrazu). Piękny film. Po latach coraz bardziej bije z niego człowieczeństwo, to coś co odróżnia nas od cyborgów, którzy zaczynają się już formować, lokalizować i środowiskować kulturowo, choćby przy pomocy filmów pisanych przez AI.

„20 000 mil podwodnej żeglugi” – 1954, prod. Walt Disney, grają Kirk Douglas, James Mason, reż. Richard Fleischer adaptacja powieści Jules`a Verne`a. Laureat dwóch oskarów. Okręt podwodny odtworzony dokładnie według opisów i ilustracji z książek pisarza, w których wystąpił kapitan Nemo. Przyjemność oglądania.

„Matrix – teorie spiskowe” – 2021, film dokumentalny Rodneya Aschera. Rzecz o tym co się dzieje w mózgach fanów światów wirtualnych i jak to wpływa na świadomość zbiorową ludzkości. Wart obejrzeć dla uświadomienia sobie niebezpieczeństwa trans-humanizmu, które szybko rośnie. Stoimy na progu ewolucji świadomości, jak orzekł to już ponad 40 lat temu Stanisław Lem w „Golemie XIV” i „Głosie Pana”, a także w „Masce” i „Cyberiadzie”. Od nas zależy, w którą stronę pójdziemy, uporządkowanej systemowej maszyny, czy wspólnoty opartej na miłości i wzajemnym szacunku dla indywidualnych cech jednostek.

„Dune” – 2019, najnowsza wersja, część pierwsza, dopiero obejrzana po raz drugi, powoli i w skupieniu, odkryła mi swoje pustynne piękno. Czekam niecierpliwie na część następną.

„Jane Eyre” – film z 1943, czarno-biały, reż. Robert Stevenson, scen. Aldous Huxley, wyst. Joan Fontain, Orson Welles, mała Liz Taylor, czarno-biały. Wart obejrzenia ze względu na staranny scenariusz napisany „okiem i piórem męskim”, co tej kobiecej historii dodało symbolizmu i psychoanalitycznego archetypizmu, bowiem kończy je Boskie Małżeństwo i narodzenie Syna, rzecz w innych interpretacjach traktowana jako zwykły romansowy happy-end. Oraz grę aktorów, staranność psychologiczną i dramatyczną. W tych starych filmach najbardziej zestarzała się oprawa muzyczna, niestety.

„Twoje imię. Kimi no Na wa” – japońskie anime. Lubię oglądać, gdy żadna zachodnia fabuła mnie nie kręci. Co prawda traktuję również wybiórczo i nie wchodzę w światy mroczne, czarnej magii i horroru. Ten filmik oparty jest na mistycznej wiedzy ze snów. Mamy zamianę polaryzacji jednej duszy, która wcieliła się w dwa aspekty, męski i żeński prawie jednocześnie i szuka swojej drugiej połówki w obrębie świata materii ograniczonego czasem i przestrzenią, czyli wewnątrz matrycy karmicznej. Którą w filmie reprezentują sploty i węzły tkane przez przodkinie, czyli po naszemu tkaczki Mojry. W sieć przyczynowo-skutkową (linie pociągowo-autobusowe) ingeruje siła spoza granicy czerwonej, karmicznej, czyli kometa, która burzy porządek w cyklu co 1200 lat, o ciekawym imieniu nieprzewidywalnej bogini Tiamat. Ta siła to wyższa Jaźń, co prawda nie sam Bóg, lecz zbiorowa świadomość egzystująca między czerwonymi splotami pierwszej i kosmicznymi drugiej. Jest też niecka i ogień czyli ta druga granica, do nieprzejawienia. Ogląda się dobrze.

„Spirited away: w krainie bogów” lub „Kraina Bogów” – anime, film Miyazakiego, 2001. Znów zwiedzam świat po drugiej stronie, świat snu, dzięki japońskiemu Studiu Ghimli. Ha, ludzie-świnie, konsumpcjoniści, Jarek Bzoma o nich pisał, gdy śnił oczami innych mieszkańców Ziemi, których nie widzimy, bo mają wibracje 14 razy przyspieszone. Brodaty facet pajęczak, z trzema kończynami po jednej i trzema po drugiej, zawiadujący pracą w kotłowni, opisany przez Nostradamusa jako najwyższy wytwór ludzkiej ewolucji bez Boga. Babcia Lilit w roli baby Jagi. Same Głowy, wiecie? spotkałam się tak kiedyś z Lemem w pewnej restauracji w świecie snu, był taką gadającą głową przesuwającą się po podłodze na maleńkich nóżkach. I tak dalej, i tak dalej.

„Indiana Jones i kryształowa czaszka” – reż. Stephen Spielberg, jedna z ciekawszych części z serii o Indianie.

„Indiana Jones i tarcza przeznaczenia” – 2023, w stylu i na swoim dobrym przygodowym poziomie, z efektem komputerowego odmładzania głównego bohatera. Niemniej ten stały poziom nie został podbity, jak poprzednimi razy się zdarzało.

„Awatar. Istota wody” – 2023. Wizualnie piękna baśń z infantylnie familijnym wątkiem zdominowanym przez dzieci, który bardzo popsuł wrażenie i nadzieje pokładane w filmie po znakomitej i dorosłej pierwszej części. Nie zrównoważyło tego rozczarowania nawet zabijanie wielkich zwierząt podobnych do wielorybów. Chętnie powrócę do I części, aby ten efekt zdziecinnienia zapomnieć. Reżyser chyba też nie był z tego zadowolony.

„Australia” – film z platformy Disneya, nie wiem czemu spodziewałam się czegoś na wzór „Pożegnania z Afryką”, bo monumentalizm przestrzeni to obiecywał, ale szybko się rozczarowałam. Aborygeni gloryfikowani i uszanowani nadzwyczajnie, chłopiec-mieszaniec obiecuje coś na kształt ewolucji świadomości białej rasy w stronę aborygeńskiej percepcji drugiej strony i współpracy z żywiołami. Poza tym romans z domieszką komedii i robionego na kolanie scenarzysty dramatu.

„Znachor” – film czarno-biały z 1937, z Junoszą-Stępowskim w roli głównej. Element komediowy wprowadza jak zawsze Mieczysława Ćwiklińska. W tych starociach najbardziej interesują dawne obyczaje i świat ogólny, natomiast drażni niezmiennie muzyka.

„John Carter” – adaptacja jednej z książek Edgara Rice Burroughsa o bohaterze oscylującym w mało zrozumiały sposób pomiędzy Ziemią a Marsem. Ciekawe efekty plastyczne. Ogląda się dość dobrze, aczkolwiek wszystko jest w stylu i gatunku. Kto lubi ten ma przyjemność. Niemniej sięgnęłam po książki Burroughsa, a to plus.

„Togo” – 2019, disneyowski film oparty na prawdziwej historii, ze starym Timophym Daltonem w roli głównej. Dobrze poprowadzony, ogląda się z zaciekawieniem i wzruszeniem. Togo jest starym ale niezwykle odważnym i samodzielnym psem przewodnikiem stada psów zaprzęgowych, samcem alfa, dzięki któremu udaje się niebezpieczna wyprawa po leki na zarazę dziecięcą, która opanowała alaskańskie miasteczko pod koniec zimy. Najważniejsze, że mimo napięć i dramatycznych scen wszystko się dobrze kończy.

„Biały Kieł” – 1991, disneyowska adaptacja książki Jacka Londona, z Klausem Marią Brandauerem w jednej z głównych ról. Ogląda się dobrze, scenariusz trzyma się akcji powieści, film bardzo porusza serce, pokazując ludzi nie ludzi i psy nie wilki. Niemniej sama treść opowieści Londona mocno została ulizana względem naturalistycznej i dzikiej okrutnej prawdy o przyrodzie i ludzkiej naturze oddanej przez pisarza. Ten film ma drugą część, ale jej nie polecam. Kompletnie nie-londonowska i mocno sentymentalna, nie udało mi się na niej nawet zawiesić oka.

„Szwajcarska rodzina Robinsonów” – dawna, jeszcze w technikolorze z 1960 roku adaptacja znanej powieści przygodowej Johanna Davida Wyssa, której akcja dzieje się w czasach wojen Napoleońskich, od których tytułowa rodzina próbuje uciec do Australii. Po drodze trafia się wypadek i lądują rozbitym i opuszczonym okrętem na bezludnej wyspie gdzieś między Malezją a Nową Gwineą. Budują tam sobie dom na drzewie i wiodą pracowite i szczęśliwe życie. Gdyby nie dorastający synowie potrzebujący żon i piraci lądujący w okolicy, wszystko byłoby dobrze. Naiwności są do przełknięcia, jak to w takich przygodowych historiach dla młodzieży.

Dcn.