„Bliskie spotkania trzeciego stopnia” prod. USA, reż. Steven Spielberg. Film z 1977. Oglądałam go zaraz po polskiej premierze wielokrotnie w kinie. Zafascynowana. Były to moje czasy licealne. Świetnie oddaje konfrontację ludzkiego umysłu z czymś spoza jego konwencjonalnego postrzegania. Ufologia mocno mnie wciągnęła, prenumerowałam pisma ufologiczne wydawane sumptem hobbystycznych stowarzyszeń, głównie tłumaczone z angielskiego. Nigdy co prawda żaden spodek nie wylądował przede mną ani nie opalił mi połowy twarzy, ale miałam kilka dziwnych spotkań zbliżonego rodzaju. I koleżankę z ławy szkolnej, która została geodetką i podczas pewnej swojej rutynowej pracy w terenie widziała w oddali spodek stojący na łące. Co do mnie, to tylko kilkanaście nocnych wizyt w pokoju, kosmita dostrzeżony za oknem, wiszący trzy metry nad ziemią i kiwający do mnie ręką, upadek z hukiem czegoś na mojej działce za domem, co wyłączyło prąd na ulicy i przywołało zdumionych sąsiadów, przeszukaliśmy teren, ale nic nie znaleźliśmy. Piorun, który trzasnął w moim pokoju, co przypisuję wpływowi małej piramidki z kartonu, którą ustawiłam sobie na półce bibliotecznej w zgodzie z kierunkami świata. Oraz zapalanie się i gaśnięcie światła w domu. Kilka dostrzeżonych tajemniczych przelotów na wieczornym niebie świateł, które wcześniej stały jako gwiazdy, albo dziwnie mrugały, każdorazowo zwiastowały śmierć kogoś w rodzinie. To tak, więcej chyba nie ma się co chwalić. Tym niemniej szok poznawczy jest mi odtąd znany, a w tym filmie jest dobrze oddany. Kilka skojarzeń po obejrzeniu filmu po wielu latach. Wszyscyśmy sikali w majtki w kinie, gdy nadleciał statek matka. W moich wielu wizjach późniejszych zwano je „statkami czasu”. Jung napisał „Nowoczesny mit. O rzeczach widywanych na niebie”, książkę, która budziła mój bunt, złość, żal do niego. Bo już wtedy telepały mną wzięcia, jawa we śnie, sen jak jawa, jawa w wyższym wymiarze. Tym niemniej teraz widzę, że Jung mało błądził w chłodnej ocenie, widząc w obiektach UFO przejawienia wyższej Jaźni. To pojazdy naszych dusz i naddusz. Zwróćcie uwagę na kolor kombinezonów ekipy wyprawianej statkiem w przestrzeń. Czerwony. Kto wie, ten wie.
Już dwa lata czytam wszystko co fantastyczne. Prawie nic współczesnego (choć kilku autorów się załapało), to trochę droga wspomnień, rozrywki, ale i przyglądanie się rozwojowi wyobraźni ludzkiej poprzez wieki. Jak na razie najdalej w czas sięgnęłam po Swifta, potem Hoffmana, romantyków, Poe`go, Wollstonecraft, Oskara Wilde`a, Conana Doyle`a, Umińskiego, Grabińskiego, Żuławskiego, itd, itp. A z angoli po Wellsie i Huxleyu zawiesiłam się tak naprawdę na Juliuszu Verne (miał on do nich podobny stosunek jak ja, zaś o Polaku wyraził się, że „to właściwie Francuz”). Przez cztery noce podróżowałam przez Patagonię, Australię i Nową Zelandię razem z dziećmi kapitana Granta. Wcześniej leciałam balonem nad Afryką, a jeszcze wcześniej płynęłam do bieguna południowego w poszukiwaniu Artura Pyma. Nic mi nie daje tyle rozrywki i stałego zainteresowania… pasjonuje mnie dawne spojrzenie i nieskażone globalnym myśleniem reakcje na pewne coraz bardziej zakazane sprawy, fakty i doświadczenia. Jak chcesz się dowiedzieć, jakie były (i dlaczego) opinie o nacji żydowskiej w różnych krajach Europy, o Niemcach i Prusakach, czy o murzyńskich przodkach obecnych czarnoskórych w środku Afryki, takim Dahomeju na przykład, albo australijskich dzikusach traktowanych jak nieco bardziej rozwinięte małpy, albo o ludożerczych Maorysach, których „hakom” bijemy teraz zachwycone brawa, ale też o nieludzkich kolonizatorach Ziemi mówiących anielskim językiem (tfu, angielskim), chciwości poszukiwaczy złota w Australii i Afryce, czy radosnych polowaniach na najrzadsze zwierzęta, to warto odczytać sobie jeszcze raz „po dorosłemu” powieści Verne`a. Podobnie kształcą książki dla dzieci, gdzie zajada się mięsne potrawy, poluje na zwierzęta, piecze je na rożnie, co rusz ktoś umiera, czego już nie ma w naszych oświeconych i najszczęśliwszych czasach wyższej pro-eko-wege kultury. Dawne bestsellery, w rodzaju Robinsona Cruoe okrawa się ze szczegółów „zbyt drastycznych”, aby zrobić z ludzkiego dziecka mimozę, nie potrafiącą żyć na ziemi bez opieki technologii, za niego wykonującej wszelką okrutną i mechaniczną robotę. Owa wyczyszczona sztucznie kultura do czegoś zmierza.
„Znaki” – z 2002, film amerykański z Melem Gibsonem, s-f. Ciekawy, wzruszający, uczuciowy, ma też proste pro-chrześcijańskie przesłanie. Oglądałam pierwszy raz w czasach „wzięć” i stąd moment, gdy pokazuje się szybko przebiegający obcy na oczach piszczących ze strachu dzieciaków mocno mną wstrząsnął. Po latach widzę muskanie jedynie kwestii takich spotkań, beletryzację, ale i tak mi się podobało. Nie szukam bezsensownego strachu.
Lata 50, niedaleko od śmierci Stalina. W Polsce powstaje znakomita trylogia fantastyczno-naukowa, autorstwa Krzysztofa Borunia (Strzelec) i Andrzeja Trepki (Ryby). Fascynowałam się nią (bez trzeciego tomu, którego nie było w dostępnych mi bibliotekach) od dziecka i wielokrotnie czytałam (dekady 70. i 80.). Moje egzemplarze były zdarte i wymięte do cna. Po latach wróciłam do tych książek i jestem po lekturze trzeciej części „Kosmiczni bracia” i pierwszej „Zagubiona przyszłość”. Najukochańsza „Proxima” czeka na ostatku.
Tak jak jeden z autorów, pan Boruń wcześnie utraciłam wiarę, utożsamioną z instytucją i urzędnikami tejże instytucji boskiej, w wieku 15 lat czytałam Marksa i Engelsa, encyklopedystów francuskich, a nawet pogardliwego markiza de Sade. Wierzyłam we wspaniałe wizje rozwiniętego komunizmu, którymi raczyła nas radziecka literatura s-f, i które rozwijali nasi wyżej wymienieni autorzy. Łudziłam się, że codzienny koszmar socjalizmu widzianego w praktyce w życiu moim i otoczenia to tylko faza przejściowa, konieczna do wykształcenia się ideału. W trylogii B-T ludzie z XXVI wieku żyją ponad 150 lat w zdrowiu i młodym pięknie, choroby i defekty cielesne leczone są w specjalnych kapsułach medycznych, nie ma zboczeń, patologii, niedorozwojów i odchyłek, wyeliminowała je nauka. Nawet kobiety porzuciły sztukę makijażu i mrugania powabnie przyklejonymi rzęsami, aby zwabić samca, same są uczonymi i dowodzą wielkimi grupami równie uczonych mężczyzn, nie, nie ma mowy o 59 płciach, są nadal dwie i dobrze się trzymają, od czasu do czasu robią sobie zdrowe i inteligentne potomstwo. Odżywiają się syntetyczną żywnością produkowaną przez uniwerproduktory (dzisiejsze drukarki 3D), praca fizyczna została im odjęta przez komputery (w końcu super-komputer „Wieczna Pamięć” wypisz wymaluj: Kronika Akaszy), zdalnie sterowane roboty (opis sceny takiego sterowania to wypisz wymaluj sceny ze współczesnych filmów s-f) i inne ustrojstwa, podróżują po kosmosie i zasiedlają planetoidy i inne planety, gdy nasza ojczysta się wali. No, fajnie. Opowieść ta czytana po latach niesie dziwne konkluzje. „Kosmiczni bracia” zaskoczyli mnie opisem obcej cywilizacji. Niesamowite przewidywania! Wcale się nie zestarzały, wręcz przeciwnie, natomiast szybko upadły hipotezy, na których oparta jest wizja emigracji ludzkości na Wenus. Spotykałam kiedyś ludzi z branż psychotroniczno-ufologo-astro-alternatywnych i jeden z nich, starszy pan orzekł, że autorzy tej trylogii musieli „coś wiedzieć” od istot kosmicznych, bo ci Urpianie dziwnie pasują do przekazów ludzi wziętych i innych kontaktowców. Co prawda nie spotkałam w swoich przeżyciach istot trójnożnych, ale czemu nie mogłyby być przetworzeniem snu o zaglądającej w nasz świat wielkiej łysej głowie z wielkimi oczami i wsuwającej w niego swoją trójpalczastą dłoń (to poznałam doskonale osobiście)… tak, że tak. Podrzucam biografię pana Krzysztofa Borunia, ateisty, który zaczął z czasem badać sprawy duchów i jasnowidzenia. Pan Trepka zaś osiadł na wsi, w rodowej siedzibie i miał zwyczaj chodzić większość roku w krótkich spodniach i koszulce, w zimny czas jedynie zarzucając na siebie płaszcz. Ot, takie przeżywam przyjemności na swojej emeryturze… Polecam chętnym przeczytanie mienionej trylogii, na pewno się nie znudzą, a będą zaskoczeni, ile z tych dawnych umysłowych dociekań i ideologii przeniknęło w nasz obecny czas i nadal próbuje go kształtować…
I tom „Zagubiona przyszłość” wydaje mi się obecnie zakamuflowaną dystopią przezwyciężoną wizją rozwiniętego komunizmu jakoś tak trochę karykaturalnie, że mogę przypisać autorom większą świadomość, niż dawni czytelnicy i krytycy suponowali. Ewentualnie większą, niż sami autorzy zdawali sobie sprawę. Trzeba pamiętać, w jakich czasach rzecz była napisana i jak wielka cenzura polityczna stała przed twórcami treści. Czytając obecnie o zamkniętym świecie urwanego z ziemskiej orbity sztucznego księżyca widzę w nim dawną Polskę zamkniętą i osaczoną przez system sowiecki (wcale nie kapitał, to był ochłap rzucony cenzorom, a jeśli już to raczej feudalizm), która wyzwala się przy dużej pomocy technologicznie rozwiniętego Zachodu i USA (w książce to zapodano na odwrót). Murzyni zaś to zniewoleni biali Polacy (każdy wie, „biali murzyni”), szarzy to inteligencja pomiędzy, a rządzący to decydenci ówczesnej komuny. Z punktu widzenia wyższej świadomości Celestia zaś to cała Ziemia izolowana przez istoty wyższe z jej piekłem ludzi zamkniętych wewnątrz pułapki i sterowanych przez religijne dogmaty oraz klasę najbogatszą i najlepiej wtajemniczoną, a wyzwoliciele to kosmici, którzy dyskretnie ingerują w środku z zewnątrz, aby w pewnym momencie podać pomocną dłoń najdojrzalszym do wyjścia i do zobaczenia prawdy (komunistycznej i bez Boga, oczywiście).